O łączeniu plastiku z życiem, dźwiękowych plamach i nutach w zespole Automatik -
z Andrzejem Rajskim i Rafałem Nowakiem, po ich koncercie na festiwalu Firmament, rozmawiali Olga Adamus i Grzegorz Świercz.
Jak oceniacie swój występ na tegorocznym Festiwalu, jak odebrała Was publiczność?
AR: Ciężko powiedzieć, muszę najpierw posłuchać materiału i przeanalizować wszystkie dźwięki - co i jak zabrzmiało. Wiem, że bardzo fajnie nam się grało, udało się rozluźnić. Samo to, że wyszliśmy na scenę i dostaliśmy brawa, było bardzo pozytywne. RN: Właściwie od początku gramy na każdym festiwalu. Jest to powiązane z Automatikiem, jesteśmy więc niejako gospodarzami. AR: Tak, i jakaś część ludzi, która była na koncercie zna nasze dokonania, jest na każdym koncercie. To jest świetne.
Graliście muzyczny maraton, którego w ogóle nie przerwaliście. Czy ciężki jest taki koncert, podczas którego nie macie nawet chwili na moment wytchnienia, chociażby po to, aby usłyszeć brawa? I czy nie obawiacie się, że publiczność może być czymś takim znudzona?
AR: Transowa muzyka nie może być krótka, ani co chwilę przerywana. Bywało, że w klubie tak pracowaliśmy nad jednym utworem, że graliśmy go przez dwie godziny, cały czas "rozkręcając" go. Doprowadzaliśmy publikę do ogromnej "jazdy". RN: Poza tym naszą formą koncertową nie jest kilka następujących po sobie utworów. To pewien rodzaj suity - jeden duży utwór, składający się z części.
Podczas koncertu można było usłyszeć fragment Wyjścia z Piekła pochodzący z komedii Dantego. Jednak Włoch Marco Fontana odczytał go w swoim ojczystym języku, było to więc dla publiczności całkiem niezrozumiałe. Poza "Boską Komedią" nie padło ani jedno słowo. Jak wobec słownego minimalizmu staracie się przekazać coś publiczności?
AR: Na pewno chcemy przekazać emocje - czasem smutek, a innym razem radość. RN: Im mniej konkretów, tym większa możliwość interpretacji. Nie przeszkadza nam to, że każdy zbuduje sobie swoją historię do tej muzyki. Gdyby coś określić jako piekło, mogłoby zabraknąć miejsca na inną, pozytywną interpretację.
Na festiwalu, który odbył się w Kieleckim Centrum Kultury ludzie byli usadowieni na krzesłach. Czy nie wolicie grać koncertów w miejscach, gdzie publiczność ma swobodę ruchów?
AR: Nasz materiał świetnie sprawdza się w klubach. Tam ludzie mogą bawić się jak tylko chcą. Kiedy znad gałek i suwaków podnosisz głowę na publikę i widzisz, że ekipa "leci", to jest fenomenalnie. Dostajesz sygnał, że połączyłeś się z publicznością. Ale to, że ludzie się "nie bujają", nie znaczy wcale, że nie masz z nimi kontaktu. Graliśmy koncerty, gdzie publiczność dostawała taki ładunek emocji, że niektórzy nie wiedzieli, co z nim zrobić - po prostu stali wpatrzeni. Na koniec były maga brawa. Publiczność zawsze wywołuje to, co dalej zrobimy z muzyką.
Czy jest jakaś różnica między koncertami z końca lat 90-tych, a tymi obecnie?
RN: W pewnym sensie zataczamy pętlę. Zaczynaliśmy od grania we dwóch. W międzyczasie skład się rozrastał - na scenie pojawiało się nawet 6-7 osób. Teraz znów jest nas dwóch.
Kiedy mieliśmy pierwsze koncerty, sami nie wiedzieliśmy co mamy grać, mieliśmy prymitywne instrumenty. Dziś jest zdecydowanie inaczej.
Dlaczego więc z powrotem gracie we dwójkę?
RN: Tak jest na pewno łatwiej. Poza tym zawsze gościliśmy świetnych muzyków, którzy odciążali nas na scenie - było to wygodne, ale też usypiające. Wiedzieliśmy, że co by się nie działo, będzie dobrze. Kiedy jesteśmy we dwóch jest to dla nas większa mobilizacja. AR: Bardzo dużo daje wokalista, głos zawsze powoduje, że skupiasz się głównie na nim. Tak było z Glennskiim - można było uruchomić jedno "pukadełko", a on sam tworzył do tego własną historię. Właściwie chodziło o to tylko, aby coś włączyć lub wyłączyć, nie specjalnie pracować na scenie. Dlatego teraz postanowiliśmy spróbować sił we dwóch, jak za dawnych lat. Poza tym kiedyś, przez to, że zespół rozbudowywał się znacznie, mieliśmy kłopot, żeby zagrać koncert. Często było tak, że kiedy ktoś mógł z nami wystąpić, ktoś inny nie miał czasu. Staliśmy w punkcie, gdzie niby jest fajnie, ale praktycznie nie byliśmy w stanie nic zrobić. Teraz znów dajemy radę we dwie osoby, możemy spokojnie się zaangażować. A jeśli będziemy chcieli zaprosić gościa - zrobimy to.
Czym jest dla Was Automatik?
AR: Superrzeczą, która nie stawia żadnych ograniczeń. Możemy coś robić, możemy nie robić nic. Automatik jest czymś cudownym.. To jest relaks, ale też praca, radość, a zarazem nerwy. Ale przede wszystkim jest to nasze. Nie ma ciśnień, które powstają w innych sytuacjach., kiedy na przykład gralibyśmy w większym zespole.
Jak pracujecie nad muzyką?
AR: Nie ma na to konkretnej recepty. Dźwięki zaczynamy rozbierać, dobierać, przyklejać, szukać określonych elementów - do momentu, kiedy można powiedzieć: Wow, to jest świetne! Do tego dokładamy różne "świecidełka", które powodują, że bujasz się w tę czy inną stronę. Z poziomu na poziom, okazuje się, że coś się pojawia. Z chaosu dźwięków następuje muzyczne wyjście z piekła. RN: Zazwyczaj jest jakiś punkt zaczepienia, dźwięk, od którego wychodzimy, chociaż po drodze może się on przeistoczyć lub całkowicie zginąć. AR: Dodatkowo przez to, że nie mamy poukładanych piosenek, konkretnej aranżacji za każdym razem możemy zrobić coś innego. To tak jakbyś miał kawę, cukier, mleko i wafelki - możesz z tego utworzyć przeróżne kombinacje. Dlatego ten sam utwór w różnych okolicznościach grany jest zupełnie inaczej. RN: Mamy bardzo dużo miejsca na improwizację. Nie ma możliwości, by coś kiedykolwiek powtórzyć, chyba że z playbacku� [śmiech]
Obserwując Wasz koncert w pewnym momencie człowiek zastanawia się ile w koncertach Automatik jest żywej muzyki. Bo równie dobrze moglibyście wcisnąć tylko jeden guzik i prawdopodobnie nikt nie zauważyłby różnicy.
AR: Cała siła naszej muzyki polega na tym, że nas w pewien sposób kręci, że robimy to "live". Moglibyśmy przygotować materiał wcześniej, a na scenie zająć się wyłącznie choreografią - i nikt by się nie zorientował. Jednak każde miejsce sprawia, że możesz zagrać inaczej i zabrzmi to adekwatnie do sytuacji, w której jesteś. Zaprogramowana kompozycja nie wszędzie "zagra". Mamy przygotowane dźwięki, które zamknięte w urządzeniach czekają, by je wypuścić. Wybór konkretnego elementu wymusza kolejne działania. Jeśli popełni się błąd, to jakby wjechać w ślepą ulicę - trzeba wrócić do punktu, z którego można się odbić i iść drogą, o którą chodziło.
Zetknięcie z taką formą, z materią maszyn, jest ciągłym działaniem. A chodzi o to, by w konkretny sposób przekazać, co się czuje.
Andrzej, jesteś po szkole muzycznej, więc na pewno znasz nuty. A jak jest z tym u Ciebie Rafał?
RN: Kiedyś się uczyłem. Znam zasady pisania, natomiast nie czytam nut. Poza tym naszej muzyki nie zapisujemy w nutach, więc nie mamy takiego obowiązku, aby je znać. To było potrzebne w XIX wieku. Musiał istnieć pewien zapis, by ktoś inny mógł coś zagrać. A teraz, kiedy rejestrujemy na płytach CD, nie ma takiej konieczności. Nuty zostały w muzyce klasycznej.
Czyli nikt inny nie zagra Waszych utworów�
AR: Kiedyś zgłosiliśmy do ZAIKSu swoje kompozycje, mówiąc, że to muzyka elektroniczna. Pewien pan, słysząc, że polega to na zapętlaniu dźwięku, przetworzonym filtrami i pauzami, poprosił o partyturę. Dziewczyna, która została polecona, napisała ponad trzydzieści stron nut - plik kartek, na których było właściwie to samo. Chciałbym spotkać człowieka, który przez te 37 minut i 5 sekund siedzi przy fortepianie, i w określonym tempie gra cały czas to samo. Wszystko po to, by sprawdzić, czy aby przypadkiem jakaś nuta się nie zgubiła czy nie pomyliła�
Ale jeśli zgłosi się pewien artysta, prosząc o partytury zespołu Automatik - proszę bardzo. Być może będzie miał pomysł na zaaranżowanie naszego utworu na orkiestrę dętą, triangel i siedem tancerek� [śmiech]
Co Was inspiruje? Czy macie jakichś konkretnych artystów, do których muzyki często sięgacie i z której czerpiecie jakieś elementy?
AR: Mam totalną jazdę na soundtrack z filmu Pachnidło. Dla mnie jest po prostu genialny. Słucham tej płyty na okrągło i mam tam parę typów, które mnie w jakiś sposób zainspirowały. Można na przykład zapętlić jeden dźwięk, grany przez całą orkiestrę, i brzmi on fenomenalnie. Dokładanie sekwencji rytmicznych i dźwięków sprawia, ze to w jakiś sposób "rośnie". Strasznie podoba mi się połączenie plastiku z piękną orkiestrą. Jest plastik i życie� RN: Jest dźwięk - potem szukanie. To pewien proces. Można coś znaleźć, lub stwierdzić, że to coś jest do kitu, bo się nie udało.
Nie jest tak, że mamy określonych faworytów. Każdy z nas słucha dużo różnej muzyki. Dla mnie inspiracjami są James Brown, Bob Marley, ostatnio Billy Holiday - zupełnie niezwiązani ze sobą muzycznie artyści. Ale ten klimat jest gdzieś podobny� Uważam, że James Brown jest transowy i można się tym jego transem inspirować. AR: Był okres, kiedy fascynowały mnie brzmienie i faktura rytmów drum'n'base. Szukałem różnych automatów perkusyjnych, programowałem po nocach, ale to ciągle nie było to, o co mi chodziło. W pewnym momencie stwierdziłem, że nie jestem w stanie tego dogonić, że to jakieś szaleństwo�
Trzeba przede wszystkim patrzeć i wiedzieć, co się w muzyce dzieje, ale robić swoje.
Andrzej - masz bardzo duże doświadczenie muzyczne, czy ono przekłada się na to, co tworzysz, czy to zupełnie inna sprawa?
AR: Z kimkolwiek bym nie grał, dla mnie jest to wydarzenie. Każdy koncert jest dla mnie taki, jakby był pierwszym, choć może gram go już setny raz. Granie z wieloma osobami przydaje się, by dowiedzieć się o różnych rozwiązaniach technicznych, nowych efektach. Jednak artyści, z którymi współpracuję - poza Noviką - nie są w stanie mnie zaskoczyć czy zainspirować.
Nie przykładacie się zbytnio do promocji� Czy wynika to z braku czasu, czy też nie interesuje Was sława?
AR: W 2004 roku wygraliśmy festiwal European Music Award paryskiego radia RFI. Nikt ze światka muzycznego nie zainteresował się tym. RN: To nie jest komercyjna muzyka. Nie ma mowy o masówce. Jednak będziemy próbować dotrzeć do ludzi, którzy będą zespołem zainteresowani. W tej chwili brakuje nam czasu, nie jesteśmy na to przygotowani.. Ale wszystko przed nami!
Jakie są Wasze plany na najbliższą przyszłość?
AR: Ustaliliśmy konkretne plany i staramy się je realizować. Na początku 2008 roku powinna pojawić się płyta.
Życzymy samych sukcesów. Dziękujemy za rozmowę.
Notatka:foto: Dominika Osman
Data publikacji: 09-03-2008 o godz. 13:37:38, wysłany przez ckmucha