Kiedy wybieramy się do nowego kraju – czyli takiego, który jest nowy dla nas, albowiem nigdy w nim nie byliśmy, lub jest nowy w ogóle, bo dopiero co się pojawił i mało kto mało co o nim wie – wtedy kupujemy przewodnik licząc na to, że przy jego pomocy poznamy ów kraj zanim się w nim pojawimy i nie zgubimy się w nim, kiedy już się w nim pojawimy. Nadzieja owa jest jednak złudna, gdyż taki przewodnik, nawet przy najlepszych i najszczerszych, a co dopiero przy trochę gorszych i nieszczerych, chęciach nie jest w stanie opisać wszystkiego. Musiałby być, jak owa borghesowska mapa, niejako w skali 1:1, czyli musiałby być tym, co opisuje.
Oczywiście, nie wszyscy kupują przewodniki przed udaniem się do jakiegoś kraju. Niektórzy wolą czytać różne rzeczy mniej lub bardziej luźno związane z owym krajem, z jego kulturą, historią i geografią, lub też z kulturą, historią i geografią kręgu kulturowego do jakiego ów kraj należy, lub nam się wydaje, że należy. Inni zaś niczego nie czytają: bo w ogóle ich to nie interesuje do jakiego kraju jadą i jest im zupełnie obojętne co tam zastaną, albo robią to z premedytacją, by zaskoczenie było prawdziwym zaskoczeniem.
Ponieważ Liberlandia jest tym, co opisuje (czyli jest takim właśnie przewodnikiem w skali 1:1 - sama w sobie jest przewodnikiem po samej sobie), pisanie przewodnika po przewodniku wydaje się być zajęciem wielce niewdzięcznym i niewiele sensu mającym. Znacznie wdzięczniejsze i sensowniejsze jest natomiast pisanie zwodnika.
Najpierw musimy dowiedzieć się, gdzie leży owa Liberlandia i jak się do niej dostać. Otóż, podobnie jak w przypadku wielu innych krajów można do niej wejść, wjechać, wlecieć lub wpłynąć. Zapewne można by się też wczołgać, wkopać, wryć, wgryźć, wepchnąć, wcisnąć i tak dalej, lecz jak dotąd istnieją tylko cztery bramy:
Któryś z tych adresów należy wpisać w dowolną przeglądarkę internetową, nacisnąć enter i już. Jeśli komputer, którego używamy, jak i połączenie z Internetem nie są nasze, wówczas wycieczka do Liberlandii nie kosztuje nas nic, oczywiście poza straconym czasem, zawsze jednak można pocieszyć się myślą, że można go było stracić jeszcze więcej i w jeszcze głupszy sposób. Jeśli zaś komputer i łącze są nasze, to niestety jakieś koszty ponosimy, ale i tak jest to wycieczka nieporównanie tańsza, choć nieporównanie mniej atrakcyjna niż wyjazd na Seszele.
Teraz trochę wiadomości bardzo ogólnych i bardzo szczegółowych zarazem.
Liberlandia jest państwem o ustroju hipertekstowym. Jest krainą o hipertekstowym ukształtowaniu terenu. Ma też hipertekstowy klimat i hipertekstową historię... Chociaż, prawdę napisawszy, historii chyba nie ma, istnieje wszak tylko w chwili czytania i pisania. Jest to zagadnienie niezwykle niejasne i zawikłane, czyli znakomicie nadające się do zwodnika, niemniej jednak nie będziemy się tutaj nim zajmować. Właśnie dlatego, że zwodnik musi być zwodniczy... Wątpliwości nie budzi natomiast fakt, że historię ma pomysł stworzenia Liberlandii, a może raczej ogłoszenia własnej niepodległości. Decydując się wiele lat temu na podjęcie trudu (nie)opisania świata, wiedziałem, że przyjdzie taki moment, kiedy będę musiał zająć się tak nieprzyjemnymi sprawami jak rządzenie, zarządzanie, organizowanie, administrowanie i innymi do nich podobnymi i równie paskudnymi. Nie znoszę być rządzony, nie lubię też rządzić, aczkolwiek nie są mi obce, jak każdemu, szaleńcze nieomal wizje, kiedy to wyobrażamy sobie, zrozpaczeni lub rozwścieczeni, że oto jesteśmy wszechmocnym dyktatorem, który zaprowadza na świecie porządek. Oczywiście nasz porządek – szczytem głupoty byłoby zaprowadzać na świecie czyjś porządek. Postanowiłem więc założyć własne państwo, w którym nikt by mną nie rządził, a ja nie rządziłbym nikim i jakiś czas temu, bez fanfar i tłumu akredytowanych dziennikarzy, ogłosiłem niepodległość tego spłachetka ziemi liczącego kilkanaście tysięcy kroków kwadratowych, który jakoby posiadam na własność. Wyobraziłem też sobie, że oto sąsiad w wyniku bardzo podobnego procesu ogłasza niepodległość swojego spłachetka. I następny sąsiad też. Każdy przyjmuje w swoim państwie inny język za urzędowy. Ma też inny ustrój. Tak oto miałbym trzy książki przymocowane do wspólnej podstawy i zwrócone do siebie grzbietami, albo bokami, albo przodami... O ile opisanie własnego państwa nie nastręczałoby specjalnych trudności, to opisanie cudzych państw już tak, tym bardziej, że musiałbym je wymyślić, a z wymyślaniem cudzych rzeczy nie jest u mnie najlepiej. Książki te nie byłyby bowiem tłumaczeniami jak najbardziej przystającymi do siebie, lecz raczej różnojęzycznymi wariantami jednego tekstu, wariacjami na jeden temat, czyli tłumaczeniami bardzo dowolnymi i nieprzystającymi do siebie, choć fizycznie się dotykającymi. Dlatego też ów trójksiąg ciągle pozostaje wyobrażeniem, choć jak widać powstało już całkiem sporo drobnych fragmentów tej skomplikowanej układanki. Co ciekawe (zapewne przede wszystkim dla mnie) fragmenty te w większości nie dotyczą polityki, lecz tego, co leży u podstaw polityki, a czym politycy z reguły nie zaprzątają sobie głowy, bo i po co, skoro tylko z tego straszne kłopoty. Jeśli jednak mam tworzyć moje państwo od podstaw, to uważam za rzecz nader istotną, by się tym podstawom przyjrzeć i spróbować je zrozumieć. Na przykład: jeśli zechcę napisać konstytucję, to chciałbym znać znaczenia słów, których użyję do jej napisania. Jeśli zechcę wprowadzić dokumenty stwierdzające tożsamość, to wpierw muszę wiedzieć co to jest tożsamość. Lecz moja wiedza nie ma sprowadzić się do uznania za wystarczające potocznego rozumienia tych pojęć, ani też przyjęcia jakiejś mniej lub bardziej upraszczającej i deformującej definicji – otóż ja chciałbym przedostać się na drugą stronę języka... Piekielnie ambitne zamierzenie. Paraliżuje. Zwodzi... Być może to sprawiło, że opisywanie mojego państwa stało się opisywaniem stanu mojego umysłu. Mógłbym zatem posłużyć się parafrazą: (moje) państwo to (mój) umysł. Może mógłbym... I zastanawiając się nad tym czy mógłbym, zaplątałem się, potknąłem i wpadłem w Sieć. Czyż bowiem Sieć nie jest obrazem umysłu?
Zostawiam to zwodnicze pytanie bez odpowiedzi. Skupiam się na innych zadziwiających aspektach czasoprzestrzeni hipertekstowej w jakiej znalazła się Liberlandia.
Strona startowa – to chyba znaczenie lepsze określenie niż strona pierwsza – przypomina trochę mapkę metra. Albo plan lotniska, czy raczej portu lotniczego. Przylatujesz. Lądujesz. Wysiadasz. I co? W którą stronę pójść? Możesz pójść w różne strony. Możesz pójść w wiele stron. W którą stronę pójdziesz, tam ciągle będziesz trafiał na kolejne węzły, na kolejne gwiaździste place i z każdego takiego węzła znowu będziesz mógł pójść w różne strony, w wiele stron... Wiem, nie zawsze tak bywa, że przylatujesz. Bywa, że wjeżdżasz albo przypływasz – to wtedy masz do czynienia z półwęzłem, z placem półgwiaździstym. Niebywale trudno byłoby skonstruować papierową książkę tak, by kartka rozkładała się w różne strony, w wiele stron dając możliwość jednoczesnego rozwijania tekstu, czyli opowieści, w różne strony, w wiele stron... a potem kolejne kartki rozkładające się w różne strony... Labirynt jak z koszmarnego snu... Interesujące: są powieści rzeki, lecz nie ma państw-rzek, ani krajów-rzek. Może poręczniej byłoby więc użyć metafory wstęgi? Interesujące jest też to, że państwa i kraje nie mają początku, ani końca. Mają za to początki i mają krańce... A umysł zdaje się nie mieć ani początku, ani początków, ani końca ani krańców. Zdaje się...
Jeśli był start, jeśli kiedyś zacząłem biec, to kiedyś powinienem dobiec do mety (czyli gdzieś powinna być strona metowa). W przypadku książki papierowej jest to oczywiste i nieodzowne, żeby taka książka w ogóle powstała, żeby można ją była wydać. Opowieść hipertekstowa może być wydawana na bieżąco, albowiem proces jej powstawania może być jednocześnie procesem jej publikowania. Tak jest w przypadku Liberlandii. Bo państwo jest procesem. Bo kraj jest procesem. Bo umysł jest procesem... Liberlandia powstaje powoli i mozolnie. No cóż, zawsze znajdzie się coś pilniejszego do zrobienia – ludy zapłotne i zaekranne chyba zupełnie nie rozumieją zasad ekonomii liberlandzkiej. Ale już się do tego przyzwyczaiłem. Zatem odwiedzając Liberlandię musisz mieć na uwadze, że wszystko jest w budowie, w przemianach, w naprawie. Że jeszcze nie działa transport. Że w kinie są dopiero dwa filmy, a w teatrze dwie sztuki. Że nie ma gdzie zjeść. Że sklepy nieczynne. Że tylko jedna ulica. Że nie ma parku. Ale muzeum już otwarte. I galeria sztuki też (są w niej pokazane cztery dzieła). I bank też. I biblioteka (w niej tylko jedna książka realna, choć jeszcze niedokończona, którą właśnie wypożyczyliśmy, i kilka urojonych). I jakieś urzędy. Że coś dopiero zaczęte, coś jeszcze nie dokończone. Że coś będzie przebudowane, przesunięte, zburzone, zamknięte. Że jedne obszary będą permanentnie niedoinwestowane, a inne nieproporcjonalnie rozwinięte. Że nic nie będzie w równowadze, wszystko się będzie chwiało... I tak będzie do końca. Do mojego końca. Albo do końca hateemelu. Jeśli bowiem hateemel zemrze wcześniej niż ja, to chyba już nie nauczę się obsługiwać tego co go zastąpi, ani nie będę miał czasu, by całą Liberlandię, cały mój umysł, przekonwertować.
A zatem jest to dzieło na wskroś otwarte, odśrodkowe, płynne, zmienne, niekończące się... Ale nie interaktywne. O nie! Bo to jest dzieło, a nie portal społecznościowy. Nie jest to też gra. Nie możesz się w Liberlandii zalogować, nie możesz stworzyć swojego profilu, nie możesz dopisywać komentarzy, nie możesz jej współtworzyć. Możesz ją tylko czytać. Możesz tylko przez nią wędrować. I nie ma w tym nic dziwnego. Wszak to moje państwo.
A jeśli chodzi o języki... Polski - wiadomo. Angielski – też wszystko jasne (chociaż obawiam się, że wnet trzeba go będzie zastąpić chińskim). Esperanto – no cóż, miało być tym czym teraz jest angielski, a nawet czymś więcej, ale nie jest; trudno, zdarza się.
I jeszcze jedno: Liberlandia jest republiką absolutnie linuksową.
To tyle. Muszę kończyć, bo dziś czeka mnie jeszcze przeprowadzenie kilku ważnych reform oraz przynajmniej ze dwie wizyty zagraniczne związane z próbą importowania styliska do kosy. Proszę nie zapominać, że Liberlandia to nie tylko dwudziestodwucalowy ekran, lecz także ponad hektar ziemi bujnie zarośniętej.
Postanowiłem założyć państwo.
To draństwo chcieć mieć własne państwo! - tak zapewne pomyślicie państwo. I słusznie. Tylko dranie chcą się oderwać od macierzy. A jeszcze gorsze są takie dranie co to w macierzy drążą dziury, albo toczą jej ciało niczym rak.
Oczywiście tak.
Zgadzam się. Ale nic na to nie poradzę. Poczułem bowiem swoją odrębność. Wielce ją poczułem. Czuję ją zresztą od dawna. A wy, drodzy Państwo, nie? Z pewnością tak. Czujecie moją odrębność. Lecz swoją też (no bo jeśli moją to i swoją). Też byście chcieli być draniami co to własne państwa mają. Lecz wtedy to nie byłoby już draństwo.
Lecz skąd te zarzuty? Wszak to nie ja wymyśliłem państwo. Nie wiem kto wymyślił państwo. Może samo się wymyśliło. Wzięło wiadomo skąd: z wrodzonego terytorializmu. Czyż nie jest bowiem tak, że każda istota, niezależnie od swoich rozmiarów, kiedy pojawia się na świecie przynosi ze sobą zalążek państwa w postaci konieczności zajęcia i okupowania jakiegoś miejsca inaczej bowiem żyć by zupełnie nie mogła? Nie znam takiej istoty, która żyłaby nie zajmując wcale miejsca, sobą samą i swymi działaniami. Nie widziałem takiej istoty, nie słyszałem o takiej i takiej nie spotkałem. A chciałbym...
A zatem, moi Państwo, wyszło na to, że prawo do własnego państwa jest prawem naturalnym. Czyli nie takim co to ktoś je wymyślił, komuś przekazał, kogoś nim obdarował, kogoś nim przytłoczył, kogoś nim przykuł i w nim uwięził, lecz takim co to nikt go nie wymyślił. Po prostu rodzę się i zajmuję miejsce, bo jak nie zajmę jakiegoś miejsca, to zginę. Na to wyszło. Nie chce wyjść inaczej. Lecz czy to jest prawo czy może po prostu warunek konieczny i niezbędny wszelkiej egzystencji? Jakże łatwo wszystko pomieszać .....
A zatem, moi Państwo ..... czy też moje państwo? ...... Jakże łatwo wszystko pomieszać. Jako "Państwo" do ran można by was (czasami) przykładać i by się goiły szybciej, bez blizn zabliźniały; a jako "państwo" rany zadajecie szarpane, kłute i cięte, miażdżycie i pożeracie, a wydawałoby się, że to taka drobniutka różnica: raz z małej literki, a raz z dużej. Co się dzieje? Gdzie się to dzieje?
A zatem proszę się nie wściekać i nie złościć. Mam prawo naturalne. Mam prawo niezbywalne i fundamentalne. Zupełnie realne. (I koniecznie i niezbędnie ograniczalne.)
Tak jak realne będzie moje państwo. Nie jakieś wirtualne. Choć z pewnością wyda wam się dziwaczne i wielce paradoksalne.
Po co się wściekać? Przecież to tylko problem z głowy. Tyle problemów z głowy i tyle ciężarów z ramion i barków i grzbietów. Niech się męczy jak chce. Niech się męczą skoro chcą.
Niech się głowią nad tym, którędy przeprowadzić drogę i czy w ogóle ją przeprowadzać, można przecież postawić na transport latawcowo-paralotniowy. Niechby zatem stawiali, gdyby im się zachciało. Niechby sobie skakali do oczu i wydzierali sobie z gardeł. Swoich, a nie naszych. Niechby już ci Baskowie mieli swoją Baskolandię i szwargotali tam po baskijsku i po baskijsku klęli na siebie, oczerniali się, odbrązowiali, wybielali i zażółcali i zielenieli albo niebieszczeli z baskijskiej złości. Niechby też Szkoci, Katalończycy, Langwedoci, Walijczycy, Kornwalijczycy, Eskimosi, Karelowie, Gotowie .... raczej chyba Goci? .... tak, Goci, jeżeli jeszcze są, a jeśli są to wysłać ich na Gotlandię .... niechby też Kaszubi, Ślązacy, Mazurzy, Warmiacy (ale już nie Jaćwingowie, bo tych udało się zawczasu wytłuc) ...... Kurpiacy .... no i Wiślanie! oczywiście Wiślanie!
Wiślanie! Przebudźcie się! Czas się otrząsnąć! Czas skończyć z tysiącletnią hegemonią Polan! Czas zrzucić to polańskie (czy też polskie) jarzmo! A kiedy już będziecie wolni i usamostanowieni i niepodlegli, to niechby obudzili się Nidzianie, Skawianie, Rabianie, Świślinianie, Silniczanie ..... no i Miechowiacy i Słomniczanie ..... Niechby to trwało, aż się wszelkie i wszystkie państwa rozpadną na Państwa i wy, drodzy Państwo, wy wszyscy będziecie państwami. I tak oto osiągnęlibyśmy naturalną globalizację: miliard państeweczek zamiast jednego superpaństwa.
Moja pierwsza wizyta zagraniczna nie odbyła się z powodu pogody. Rozpadało się, a moja wizyta miała mieć charakter wybitnie roboczy. Nie miałem wygłaszać wielce górnolotnej mowy pełnej niezrozumiałych słów i niejasno zdefiniowanych lub zupełnie nieokreślonych pojęć w rodzaju wolność, człowiek, i tak dalej. Miałem przynieść mleko. Liberlandia nie produkuje mleka, produkuje za to dużo trawy, którą chętnie zjadają cudzoziemskie krowy (to w ramach międzypaństwowej wymiany agrokulturalnej.)
Oczywiście drugim warunkiem i to warunkiem koniecznym do przekroczenia granicy jest jej istnienie. Otóż to. Podobno państwo musi mieć granice. Podobno bez granic państwo ginie, niknie, rozpływa się, rozmywa.
Granice to bardzo ważny problem. Niezwykle istotny. Fundamentalny. Problem wagi państwowej.
Oczywiście najlepszym, jedynym skutecznym i definitywnym rozwiązaniem tego problemu byłoby zniesienie granic. Brak granic = brak problemu granic. Wydaje się to oczywiste. Lecz tylko wydaje. Zawsze wszystko tylko się wydaje.
Właściwie to jestem już bliski takiego definitywnego rozwiązania. Od południa Liberlandia częściowo przechodzi niepostrzeżenie w zagraniczny ogród, a częściowo ma tak zwaną granicę naturalną, czyli rzeczkę. Od zachodu miejscami równie niepostrzeżenie staje się cudzoziemskim sadem, lecz w innym miejscu styk mojego sadu i nie mojego pola jest aż nadto wyraźny ..... A od wschodu niepostrzegalność psuje droga nawet nie polna, ledwie dwie koleiny stopniowo zanikające w trawie - dojazd na łąki, do rzeczki, do pól za rzeczką, do lasu za polami za rzeczką za łąkami. Lecz tak się dzieje nawet nie do połowy, ledwie do jednej trzeciej, jako że dalej sady sczepiają się ze sobą nierozerwalnie, a za nimi łąki. Cóż to jednak za marna niepostrzegalność! Zupełnie marna. Nie trzeba nawet szukać kamieni narożnych wkopanych kilka lat temu - przecież i tak wszyscy wiedzą, która jabłonka jest moja, a która nie, która gałąź, który krzaczek, które źdźbło. Wszyscy obywatele państw ościennych. Zupełnie jakby tam była namalowana biała linia niczym na boisku, albo pozostawiony trwały ślad zapachowy lub też przezroczysta ściana z nietłukącego się szkła łatwoprzenikalnego ...... A od północy? Od północy jest droga, zwykła droga, jeszcze niedawno pełna wybojów, kurząca białym pyłem kiedy było sucho, teraz wyasfaltowana. Płot, który tam stał rozebrałem. Zostawiłem tylko betonowe słupki i poziome żerdzie; lecz żerdzie zmurszały, spróchniały, rozsypały się, więc je zdjąłem. I miałem nawet pomysł na nowe ogrodzenie, lecz potem wyobraziłem sobie zieloną ścianę: gdyby tak tylko uzupełnić przerwy pomiędzy ogromną narożną lipą, przycupniętymi pod jej gałęziami wisienkami, rozłożystą na wpół dziką śliwką mirabelką, młodym śmigłym klonem i krzaczkami róż rozczochranych . . . . . . zielona ściana na której osiadałby biały kurz, a kiedy liście opadną - gąszcz gałęzi, sztywna sieć, w którą nie wpadałaby ławice ptaków . . . . . już rosną pierwsze pędy wikliny i wnet rozpocznie się wielkie wyplatanie – będzie kiedyś żywa ściana, zielona fala . . . .
A jeśli nie da się nie mieć granic, to przynajmniej winny one być otwarte.
O tak, zdecydowanie tak. To byłyby piękne granice.
Oksymoroniczne.
Antylogiczne.
Niedorzeczne i paradoksalne.
Lecz przede wszystkim zupełnie idiotyczne.
Oburzająco obłudne czyli normalne.
Granica niczym błona komórkowa, niczym skóra na moim ciele, niczym skorupa szczeżui. Przegroda przepuszczająco-niedopuszczająca... A gdyby już nam się udało odrzucić śmieszność i niedorzeczność powyższych stwierdzeń, to należałoby zapytać: co z czym miałaby ta granica łączyć i dla kogo miałaby być otwarta? Po czym należałoby na te pytania odpowiedzieć, a odpowiedzi wydrukować i upublicznić. We wszystkich szanujących się państwach tak się nie robi. Dlatego też te państwa są tak szanowane. Moje państwo nie szanuje się zupełnie, dlatego może sobie pozwolić na ogłoszenie drukiem i upowszechnienie tego, co w szanujących się państwach może być przedmiotem jedynie tajnej instrukcji ustnej, istnienia której należy zaprzeczać jako pozostającej w sprzeczności z powszechnie nieobowiązującymi normami. Wiadomo bowiem, że normy niespisane są zdecydowanie ważniejsze od tych spisanych. I niech nie zwiedzie nas najgorliwsze nawet oburzanie się i zaprzeczanie...
tych przebrzydłych, zupełnie nikomu niepotrzebnych i nie wiadomo po co się rodzących much, a w szczególności tych dużych, bardzo włochatych, jak również tych w kolorowych pancerzach o metalicznym połysku
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tak, lista powyższa jest bardzo krótka. Będzie uzupełniana. W stosownym czasie i stosownych komunikatach. Wszak Liberlandia jest bardzo młodym państwem. (Choć wydaje się stara jak świat - jak zwykle wszystko tylko się wydaje.) Granice nadal pozostają otwarte.
Teraz druga odpowiedź.
Co z czym ta granica łączy? Wnętrze z zewnętrzem. To co w obrębie tych granic z tym co poza nimi.
(Kiedyś widziałem cykl pięknych zdjęć. Dokumentowały one budowę malutkiego domku w ogromnym pejzażu. W bezdrzewnej islandzkiej przestrzeni. Domek budowany był, jak przeczytałem w objaśnieniu, w sposób tradycyjnie islandzki. Najpierw prosty szkielet, a potem ściany. Lecz tu odstępstwo! Domek został otapetowany od zewnątrz. Na zewnątrz też zostały powieszone w oknach firanki i ustawione na parapetach doniczki z kwiatami. A wnętrze wybito falistą blachą. Tak oto dokonało się przenicowanie domu, a z nim przenicowanie świata. I teraz ów Islandczyk wchodzi do zewnątrz, a wychodzi na wewnątrz. W środku domu, czyli w domu ma cały świat, a na zewnątrz ledwie komórkę, małą i ciasnawą ..... I teraz rozmyślam, jakby tu przenicować Liberlandię.)
I jeszcze ta granica łączyłaby to co moje z tym co nie moje.
To ci dopiero karkołomna granica. To wręcz granica karkołomności: łączyć moje z nie moim! Piramidalnie fantastyczne!
Lecz mogłaby to być zupełnie inna wizyta.
Siadam przy białym blacie. Przed oknem. Jest cicho i nieruchomo. Dom śpi. Słońce jest schowane za ścianą wielkich lip. Ściana liści jest jeszcze na tyle szczelna, że blask nie zalewa szyby. Przeczytam jednak kilka stron lub kilka kartek i blask wydobędzie się zza owej zielonej ściany-granicy i biały blat stanie się jeszcze bielszy, zacznie palić i płonąć. Biały papier będzie lśnić tak mocno, że czytanie stanie się prawie niemożliwe. Ale to nie będzie trwało długo. Potem pojawi się cień domu ..... Ja już wtedy będę gdzie indziej. Przy blacie niebieskim. Będę odbywał inną podróż.
Siadam zatem przy białym blacie i biorę książkę. Tę w sztywnej, czarnej okładce. Ze złotymi literami. Te litery są inne niż te pojawiające się teraz na ekranie. Wszakże litery górnego napisu nie są mi całkiem obce, choć niektóre mają zupełnie inne kształty. Znam je jednak na tyle, że potrafię ułożyć z nich słowa i je odczytać i zamienić na słowa w innym języku: MAHABHARATA Księga Leśna (Aranyakaparwa). Dolnego napisu nie mogę odczytać. Litery są dla mnie tylko dekoracyjnymi zawijasami, tajemniczą ścieżką. Mogę się tylko domyślać, że tworzone przez nie słowa znaczą to samo, co napis u góry. Mogę się też cieszyć, że kilkaset kartek zawartych pomiędzy okładkami nie jest zapełnionych takimi właśnie literami, bo wtedy moja podróż byłaby błądzeniem po omacku ..... a może byłaby próbą przejścia przez gęsty las nocą ciemną, bezgwiezdną i bezksiężycową ......
Otwieram okładkę. Przekraczam granicę. Zaczynam wizytę zagraniczną. Roboczą. Czego szukam? Co będę załatwiał? Jakiej wymiany dokonywał? Czy będę chciał stamtąd coś sprowadzić? Jakieś słowa, których tu nie ma? ....... Czy są jakieś słowa, których tu nie ma? Och tak. Z pewnością nie ma tu bardzo wielu słów. A czy potrzebne są nowe, coraz to inne? Przecież z tych, które tu mam mogę układać najprzeróżniejsze książki. Przecież nic innego nie robię tylko rozsypuję słowa i układam z nich coraz to inne opowieści. Rozsypuję opowieści i układam z nich coraz to inne książki. Rozsypuję książki i układam z nich coraz to inne biblioteki ......
To ciekawe: jakie są granice książki? czym są? czy są? Bo przecież nie okładka jest granicą książki. Och nie. Z całą pewnością nie.[--pagebreak--]
I tak dalej. I taka wyliczanka nie miałaby nic wspólnego z kabaretem, choć mogłaby sprawiać wrażenie, że ma.
Konieczne konsultacje.
Zanurzę się w zdziczały ogród powoli wypełniający się wiosennym świergotem i kląskaniami
Jednak bez definicjarza. Bez preambuły. I bez konstytucji.
Chyba.[--pagebreak--]
Stroje
Jest bardzo wiele strojów i są bardzo różne. Nie jestem jednak w tym dobry. W strojeniu. Nie mam dobrego słuchu. Zapewne mógłbym go próbować kształcić znacznie usilniej niż to robiłem, ale kształcenie też ma swoje granice. Tymi granicami są zdolności mojego ciała, a moje ucho, które wszakże należy do mojego ciała (jeszcze nie ogłosiło niepodległości, ba! nawet nie sygnalizuje tendencji separatystycznych), nie jest zdolne odróżnić cis od des. Inne uszy należące do innych ciał potrafią to zrobić, chociaż ciała z takimi uszami wcale nie są liczne. Dlatego wolę strój temperowany, czyli taki gdzie cis = des. Nie tyle “wolę”, ile “jestem skazany na”. Z tego powodu nie mogę grać na skrzypcach. Mogę jednak grać na fortepianie, bo fortepian taki właśnie ma strój. Zresztą lubię fortepian. Bardzo lubię. Nie tylko dlatego, że moje palce są dużo sprawniejsze niż moje uszy.
Zatem fortepian mógłby być główną i najważniejszą budowlą Liberlandii. Bo przecież fortepian jest ogromny. Lśniący. Błyszczący. Pełen zakamarków. Jak pałac. Jak jakaś świątynia, muzeum, teatr, dworzec, bank, parlament – jak wszystko to w jednym. Ale jednocześnie fortepian jest zupełnie inny. Całkowicie inny. Nie ma w sobie nic z pałacu, świątyni, muzeum, teatru, dworca, banku, parlamentu... Nie lamentuje tak żałośnie i głupio jak skrzypce... Stałby sobie w środku. W ogrodzie. Bo byłby budowlą centralną. Wszystko by się wokół niego kręciło i wirowało. Spadałyby na niego białe płatki kwiatów śliw. I te z lekka różowe kwiatów jabłoni. Żółte, pomarańczowe i czerwone liście też mogłoby na niego spadać. I złote też. Ale deszcz, grad i śnieg nie mogłyby. Nie wolno by im było spadać.
A co na ten strój temperowany powiedziałyby ptaki? Nic by nie powiedziały, bo one nie mówią. Zapewne dalej śpiewałyby po swojemu. Cała łąkowa orkiestra też grałaby po swojemu. I drzewa by szumiały po swojemu. A po jakiemu miałyby szumieć? Nie mogłyby przecież bzyczeć po pszczelemu...
Bardzo wiele jest strojów. Straszny z tym kłopot. Choć są istoty, które uwielbiają zmieniać stroje. Jednak zdecydowana większość istot nie zmienia strojów. Po co sobie tym głowę zaprzątać? To chyba dobre rozwiązanie. Pod warunkiem, że strój jest piękny i wygodny, ciepły i chłodny, i taki jaki chcę.
Nigdy nie próbowałem liczyć strojów. Nigdy nie próbowałem też ich klasyfikować. Może jednak należałoby w końcu spróbować. Więc próbuję. Naliczyłem cztery główne typy lub rodzaje strojów: stroje U, stroje NA, stroje WY i stroje ROZ.
U-stroje też są różne, ale nie ma ich wiele. Tylko kilka. Teokracja. Autokracja. Demokracja. Jakieś ich odmiany. Jakieś ich mieszaniny. Jakieś nielogiczne kombinacje plączące wiarę w dogmaty z wolnością słowa i obrazu albo przeznaczenie z wolną wolą. Właściwie wszystkie złe. Jedne bardzo złe. Wręcz okropne. Inne tylko trochę złe. Jedne lepsze. Inne gorsze. Żadne dobre. No i jeszcze totalitaryzmy w kilku kolorach. Nie ma w czym wybierać... Co mogłoby pasować do Liberlandii? Liberokracja. Taki ustrój, w którym nikt nikim by nie rządził, nikt nie chciałby rządzić i nikt nie chciałby być rządzony. To byłby najlepszy ustrój. I do tego bardzo dobry. A przy tym bardzo niemożliwy. Tak. To przykre, że taki dobry ustrój jest taki niemożliwy. Ale tak to właśnie jest, więc nie ma w tym nic przykrego.
Za to WY-strojów jest całe mnóstwo. A wystrój ważny. Bardzo ważny. Żeby było pięknie. Szlachetnie i ze smakiem. Na przykład, jakiego koloru miałby być ten fortepian: czarny? biały? brązowy? A może zaryzykować estetyczny eksperyment, pewną ekstrawagancję: granatowy? bordowy? Żeby jak najlepiej pasował do rozkwitających drzew i do jesiennych szarug. Żeby jedno nań spojrzenie od razu poprawiało nastrój.
NA-strojów też całe mnóstwo. Niewyobrażalnie wiele. Niepoliczalnie. Wszystkie klasyfikacje i wyliczenia są zatem zbędne. Należałoby oczekiwać, że dominujące powinny być nastroje utemperowane. Złagodzone. Umiejscowione gdzieś pośrodku skali. Nie bardzo jednak wiadomo jak ta skala miałaby być skalibrowana. Gdzie byłby punkt zero. I czy byłyby jakieś punkty skrajne. Może właśnie zero byłoby jedyną skrajnością... Brak nastroju. Cisza?... Dobrze jednak pamiętać, że fortepian to nie temperówka. Że w fortepianie pełno jest dźwięków zupełnie dzikich i nieutemperowanych. Trzeba go tylko potężnie rozwibrować, a będzie huczał jak ogromny spiżowy dzwon, ryczał jak krowa, rżał jak koń, wył jak wicher...
Lecz należy uważać, albowiem zbytnia huśtawka nastrojów może doprowadzić do rozstroju. ROZ-strój zaś jest tylko jeden. Nie ma różnych rodzajów rozstrojów. Są tylko mniejsze lub większe. Niewielki rozstrój wymagałby tylko niewielkiego podstrojenia. Co wcale nie znaczy, że istnieje jeszcze jeden typ stroju, a mianowicie strój POD. Natomiast znaczy to, że musiałby być ktoś, kto potrafiłby takiego podstrojenia dokonać. Stroiciel.
STROICIEL. To powinien być główny urząd w państwie. Najwyższy. Najważniejszy. I może jedyny.
Kto mógłby być Stroicielem? Ja? Z takim nieostrym słuchem? Z takimi uszami co nie tylko nie potrafią odróżnić fis od ges, ale nawet miałyby kłopoty z niezbyt wyrafinowanymi interwałami? Czyli musiałby to być ktoś inny. Ktoś wybrany. A może nawet ktoś z zewnątrz. Z innego państwa.
O nie!
I co tu w takim razie robić? Mawiają jednak, że to nie strój zdobi człowieka. Co go zatem zdobi?
Niestrój?
Może i tak. Wszak niestrój to tylko kolejny typ (rodzaj) stroju.[--pagebreak--]
Ruch
W zasadzie nie powinno być o ruchu, tylko o transporcie. O przenoszeniu i przewożeniu. Istot i przedmiotów. O tym jak je przewozić i przenosić. Czy lepiej przewozić czy przenosić. O drogach, ścieżkach, traktach, autostradach. O przenoszeniu się i przewożeniu pod ziemią (czyli w ziemi – krety ryją korytarze pod powierzchnią ziemi czyli w ziemi – określenie pod ziemią zakładałoby, że ziemia jest warstwą o pewnej grubości i ma swój wierzch i spód i zapewne tak jest, ale nie bardzo wiadomo gdzie ten spód miałby się znajdować i w którym miejscu ziemia przestaje być ziemią, a zaczyna się coś co znajduje się pod nią – na pewno byłoby to dosyć głęboko i kopanie takich naprawdę podziemnych tuneli dostarczałoby nie lada problemów, skoro zwykłe tunele wziemne też potrafią płatać figle), na ziemi i nad ziemią; a także pod wodą (czyli w wodzie – ryby pływają przecież pod powierzchnią wody czyli w wodzie – gdyby ryby pływały pod wodą oznaczałoby to, że pływają w piasku, jeśli oczywiście dno jest piaszczyste – i o ile pisanie i mówienie o życiu podziemnym oznaczałoby poruszanie się raczej w obszarze fantazji, to w przypadku życia podwodnego sytuacja jest diametralnie inna – wystarczy pogrzebać trochę w rzecznym mule: ileż tam najprzeróżniejszych stworów mieszka i się przemieszcza! ale okrętów podwodnych tam nie znajdziemy, albowiem takowe nie istnieją: istnieją tylko okręty wwodne i nawodne), na wodzie i nad wodą; czyli także pod powietrzem, w powietrzu i nad powietrzem (i tu znowu kłopot z tym nieszczęsnym “pod” - pod powietrzem niekoniecznie znaczyłoby na ziemi lub na wodzie, bo przecież stojąc na ziemi ciągle znajdujemy się w powietrzu, co więcej, nawet kiedy jesteśmy w ziemi, to też ciągle znajdujemy się w powietrzu, albowiem tunel jest wypełniony właśnie powietrzem – pod powietrzem mogłoby zatem oznaczać w wodzie, bowiem rozpuszczone w niej powietrze wcale nie wygląda jak to powietrze unoszące się nad wodą).... A jeśli już o transporcie to także i o energii, bo przecież czymś te pojazdy musiałyby być napędzane. No i o organizacji tego przemieszczania się. O zasadach. O przepisach. Na przykład o tym, kto komu powinien ustąpić, jeśli dojdzie do spotkania na wąskiej kładce. Tak. O wszystkich takich i innych rzeczach powinno być. A jeśli być powinno, to i będzie. W stosownym czasie. Nie można przecież o wszystkim naraz, chociaż powinno się – przyjęcie zasady “po kolei” może skutkować tym, że pewne sprawy w ogóle nie zostaną omówione, bo się takiego omówienia nie doczekają, niezależnie od tego czy “po kolei” oznaczałoby “od rzeczy ogólnych do szczególnych” czy “od rzeczy szczególnych do ogólnych” albo “od środka na zewnątrz” lub “od brzegu do środka”. Jak jednak przedstawiać wszystko naraz? Jak pisać i mówić o wszystkim naraz? Ciągle nie wiadomo jak. Tyle tylko wiadomo, że nie jest to niemożliwe. Lub raczej: wydaje się, że nie jest to niemożliwe.
Transport jest szczególną formą ruchu. Dlatego zatem będzie o ruchu, a nie o transporcie. Każdy transport jest ruchem. Nie każdy ruch jest transportem. Tak mogłoby się wydawać. Tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Czy tak jednak jest naprawdę?
Siedzę. Siedzę sobie i zastanawiam się nad tym właśnie. I nad wieloma innymi rzeczami też. Nad wszystkim. Zastanawianie się nad wszystkim naraz jest możliwe. Oczywiście, że tak. Właściwie, to nie można się inaczej zastanawiać. Nie można zastanawiać się tylko nad jedną rzeczą nie zastanawiając się jednocześnie nad innymi rzeczami, bo ta jedna rzecz jest przecież powiązana z tymi innymi, a każda z tych innych jest powiązana z jeszcze innymi. I tak dalej. Wychodzi więc na to, że zastanawiając się nad jedną rzeczą zastanawiam się nad wszystkimi rzeczami. Inaczej się nie da.
Dobrze. Zatem siedzę i zastanawiam się nad wszystkim. Chociaż może powinienem teraz obchodzić to moje państwo i sprawdzać, czy się nie wali, czy się nie zapada, czy nie odlatuje, czy nie ucieka, czy nie tonie, czy nie znika, czy go ktoś lub coś nie pożera. A ja siedzę. Coraz więcej siedzę. Coraz mniej chodzę. Nawet coraz mniej jeżdżę – jeżdżenie nie ma tu nic do rzeczy, bo kiedy jadę to siedzę, chyba że jadę pociągiem to wtedy mogę chodzić, ale pociągiem jeżdżę już bardzo rzadko, a kiedy ostatnio nim jechałem to cały czas siedziałem, może dlatego, że były to wagony bez przedziałów, a więc także bez korytarza..... Siedzę, ale nie siedzę bez ruchu. Nie jestem kamienną figurą. Ciągle zmieniam pozycję. Bo zaczyna mnie boleć tu. A potem boli mnie tam. Gdzieś mnie coś swędzi, a w innym miejscu znowu puchnie. Więc muszę się przekręcić. Albo pochylać. Albo przeciągnąć. Albo podkurczać nogi – to znowu je wykręcać albo prostować. Palce zaś biegają po klawiaturze. Nie ciągle wszakże. O nie. Takie głupie nie są. Co i rusz się zatrzymują. Zamierają. Czają się. Czyhają na następne słowo. I hyc! Szybki pasaż. Sprint. Kilkadziesiąt kroczków, podskoczeń i uderzeń. Stop! Zawisają w powietrzu. Może niedostrzegalnie drżą. Muszą drżeć. Nie mogą nie drżeć. Nie mogą nagle skamienieć, a nawet gdyby skamieniały, to też by drżały. Kamienie przecież też drżą..... I po co te przestoje? W głowie szalony ruch. Więc i palce powinny być w nieustannym szalonym ruchu, żeby nadążyć. A one nie nadążają. Coraz bardziej nie nadążają. Coraz więcej pauz. Coraz mniej słów.
Może jednak nadążają. Może właśnie teraz zaczynają nadążać. Tymi pauzami. Coraz częstszym brakiem słów. Bo i czym ma być pisanie? Unieruchamianiem tego, co w nieustannym ruchu. Zamienianiem roztrzepotanego motyla w nieruchome litery, w martwe słowo. Bo wtedy łatwiej – łatwiej sobie poradzić z takim uliterowionym motylem, niż z takim, za którym nie może nadążyć myśl i oko.
Siedzę. Od dwóch, a może od trzech lat w tym samym miejscu. Przedtem siedziałem w innym. Nie jest wykluczone, że za niedługo będę siedział w innym. Coś poprzestawiam. Ruszę się. A drzewo za oknem ciągle stoi w tym samym miejscu. Nawet nie wiem od ilu lat. To bliżej może od dwudziestu kilku. A tamto dalej może nawet od stu. Nie ruszają się. Nie zmieniają miejsca. Pozory bezruchu. Skoro kamienna figura pielgrzyma przesuwa się o jedno ziarenko piasku na rok, to one może przesuwają się o dwa. Kto to wie. Nikt tego nie mierzył. Wystarczy, że wymachują gałęziami. Ciągle. Nieustannie. Każde dyryguje jakąś orkiestrą. Więc ile tych orkiestr musi być tutaj dookoła mnie?
Siedzę. Ale długo nie mogę usiedzieć. Unieruchomię kilka niesfornych myśli-istot-obrazów i już muszę wstać. Już mnie coś podrywa. Zupełnie jakbym zrobił kilka kroków po łące przepełnionej dmuchawcami, albo po wysuszonej gliniastej drodze – chmura pyłu wzbija się i opada. Kilka wyrazów pojawia się na papierze, a w głowie tuman myśli już się podrywa. I mnie podrywa. Rozpiera mnie. Unosi. I muszę wstać.
A nawet gdyby udało mi się siedzieć w bezruchu, gdyby udało mi się osiągnąć na zewnątrz stan skały (uchodzącej wszak za symbol bezruchu – lecz tylko uchodzącej, bo przecież nawet góry rosną i pełzną), to i tak wewnątrz nadal by się kłębiło, coś by pędziło i pulsowało, gnałyby watahy ustrojów drobnych i drobniejszych.... A gdyby nawet i to wewnętrzne kłębienie się ustało, to i tak w końcu rozpadłbym się na cząstki na atomy, a te powędrowałyby dalej łącząc się z innymi i inne tworząc konfiguracje, który znowu by się po jakimś czasie rozpadły w szalonym wirowaniu.
I jak nad tym szaleństwem zapanować? Magią. Tylko magią. Tylko zaklinaniem w nieruchome słowa. Przemienianiem w iluzje nieruchomości. W wyobrażenie nieruchomości.
Zatem musiałby tu obowiązywać bezwzględny i absolutny zakaz ruchu. Jak również zakaz ruchów. Żadnych ruchów Browna. Żadnych ruchów narodowo-wyzwoleńczych, tudzież społecznych, politycznych i religijnych. Żadnych ruchów jednostajnie przyspieszonych. Żadnych ruchów na rzecz, przeciw i w celu. Żadnego ruchu w interesie. Ani ruchu okrężnego. Żadnych ruchów robaczkowych. Precz z perystaltyką!
I tylko ty się ruszasz. Chodzisz i oglądasz wszystko jak w ogromnym, bezgranicznym muzeum. Badasz. Dokładnie i niespiesznie – wszak nic ci nie ucieknie. Poznajesz jedną klatkę z filmu i trwasz w przeświadczeniu, że poznałeś cały film. I choć trudno zaprzeczyć prostemu faktowi, że film składa się z tysięcy takich właśnie klatek, to żeby poznać cały film, trzeba zobaczyć cały film. Trzeba oglądnąć tysiące pędzących klatek. Pędzących, a nie zatrzymanych.
Lecz co z tego, że taki zakaz musiałby tu obowiązywać, skoro by nie mógł. Wszak w Liberlandii nadrzędny względem niego byłby zakaz tworzenia jakichkolwiek iluzji. Niech się więc wszystko kłębi i wiruje. Niech pędzi. Niech będzie tak jak jest.
[--pagebreak--]
Kalendarz
Kalendarz jest ważny. Bardzo ważny. Ważniejszy niż bardzo wiele innych spraw i rzeczy (tu przydałyby się jakieś konkrety, lecz nic mi nie przychodzi do głowy – może to i dobrze – wszak wiadomo, że szczegóły i konkrety są niebezpieczne, bo siedzi w nich diabeł i mąci, psuje, szarpie, rozbija i burzy to, co tak ładnie wygląda i błyszczy na zewnątrz)... Mogłoby się nawet wydawać, że bez kalendarza państwo nie może funkcjonować. Ba! żyć się nie da! Bo i jak tu żyć, kiedy nie wiadomo co się kiedy wydarzyło ani co się kiedy stanie? Bez kalendarza nie wiadomo ani kiedy pracować, ani kiedy wypoczywać, ani kiedy jak się ubrać, ani kiedy co ugotować, ani kiedy zapłacić rachunek za prąd i za telefon, ani kiedy świętować, ani kiedy komu złożyć życzenia z okazji czegoś tam... Nic nie wiadomo. Po prostu kompletny chaos. Zawierucha. Zamieć taka straszna, że nic nie widać dookoła, że nie wiadomo w którą stronę iść, nie wiadomo gdzie się co zaczyna, a gdzie kończy. Jakaś mgła potworna wszystko oblepiająca.
Zatem kalendarz musi być. Tak się wydaje. Tak. Wydaje się to tak oczywiste, że aż zastanawianie się nad tym wydaje się zupełnie niestosowne, niegodziwe, niepojęte. A jednak....
Niech będzie kalendarz. Ale jaki? Wszak jest wiele kalendarzy. Bardzo wiele. Chociaż żyjąc według jednego kalendarza, strach pomyśleć, że są jakieś inne, że mogą być inne początki i końce. Bo to mogłoby znaczyć, że te nasze początki i końce niekoniecznie muszą być właściwe.
Najłatwiej byłoby przyjąć za obowiązujący na terenie państwa ten kalendarz, który jest najpowszechniejszy. Wtedy byłoby najmniej kłopotów. Lecz tylko pozornie. Z pewnością nie byłoby kłopotów z ustalaniem dat, z ich kalibracją, albowiem byłyby one takie same jak (prawie) wszędzie. Ale też tym samym oznaczałoby to przyjęcie pewnego punktu widzenia, który niekoniecznie musiałby być zgodny z liberlandzkim. Wbrew pozorom kalendarz nie jest neutralny światopoglądowo. Wręcz przeciwnie – kalendarz jest esencją światopoglądu.
Najważniejszy w kalendarzu wydaje się punkt zerowy. Logicznym posunięciem byłoby zatem wybranie na ten punkt jakiegoś bardzo ważnego wydarzenia. Najważniejszym wydarzeniem w życiu Liberlandii wydaje się moment jej powstania. Tak jak w życiu każdej istoty najważniejszy wydaje się moment jej narodzin. Każdej istoty żywej i nie-żywej. Albowiem istoty nieżywe też mają swój moment narodzin, który zwykliśmy nazywać momentem powstania. Na przykład fotel na którym siedzę. I tu pojawiają się wątpliwości. Bo może jednak ważniejsze od narodzin jest poczęcie. A może ważniejsze od poczęcia są wydarzenie, które doprowadziły do tego poczęcia? (W przypadku nie-żywego fotela byłby to zapewne moment wymyślenia tego konkretnego fotela, ale żeby taki moment mógł nastąpić, musiał go poprzedzić moment wymyślenia fotela w ogóle, czyli czegoś wygodnego do siedzenia. I tak dalej.) Oczywiście moment narodzin jest dlatego uważany za ważniejszy od momentu poczęcia czy też wymyślenia, że jest on łatwy do wskazania. Poczęcie z reguły ginie we mgle nieokreśloności czasowej – to znaczy nie wiadomo kiedy dokładnie nastąpiło. Zresztą pojęcie momentu też jest dosyć niejasne. Zakłada się, że moment jest punktem na osi czasu (oczywiście wtedy kiedy czas wizualizujemy w postaci osi mającej formę linii ciągłej i prostej, co niekoniecznie musi być zgodne ze stanem rzeczywistym), gdy tymczasem moment nigdy nie jest punktem, lecz zawsze odcinkiem, nawet jeśli bardzo krótkim, to jednak odcinkiem, a odcinek jak to odcinek składa się z wielu punktów. Czyli już na wstępnie dopuszczamy się przekłamań, uproszczeń i niecnych manipulacji. Sprawę komplikuje też fakt, że istnieje inny, jak się wydaje równie ważny moment w życiu wszystkich istot żywych i nie-żywych – jest nim śmierć czyli zniszczenie. Trudno jednak byłoby przyjąć upadek i unicestwienie państwa za punkt zerowy obowiązującego w nim kalendarza. Nie byłoby to jednak niemożliwe. Ostatecznie można sobie wyobrazić wielki kalendarz ścienny wiszący w jakimś ważnym miejscu. Codziennie uroczyście zrywana byłaby jedna kartka odmierzając tym samym nieuchronne podążanie ku zagładzie państwa. Jedyną trudnością w realizacji owej wizji byłaby piramidalna trudność w ustaleniu liczby kartek. Zarówno prognozy powstałe w rygorze najściślej logicznego myślenia jak i te wywróżone z łodyg różnych zielsk byłyby obciążone zbyt dużym błędem... Zresztą owe ważne wydarzenia są faktycznie tylko zwieńczeniem całego ciągu wydarzeń, a ich ważność wynika jedynie z ich spektakularności. Jest ona zatem zupełnie fikcyjna. Jeśli bowiem okazuje się, że aby stało się coś ważnego musi najpierw stać się coś zupełnie nieważnego, to w takim razie oba wydarzenie są równie ważne. Wszystko to prowadzi do wniosku, że każdy moment jest równie ważny i równie nieważny, czyli ocenianie ich w kategoriach ważny-nieważny nie ma zupełnie sensu. To z kolei prowadzi do wniosku, że momentem zerowym kalendarza może być każdy moment wyznaczony przez dowolne wydarzenie. Czy nie lepiej zatem byłoby wybrać na punkt zerowy jakieś wydarzenie nie obciążone ideologicznie? Byłoby, lecz problem polega na tym, że skoro wszystkie wydarzenia są równie ważne-nieważne, to wszystkie są równie nieneutralne światopoglądowo i obciążone ideologicznie. Najlepiej zatem byłoby nie wybierać żadnego momentu. Lub codziennie wybierać inny. Albo skonstruować maszynę losującą, która co roku losowałaby takie wydarzenie. Musiałaby to być jednak niewiarygodnie wielka i potężna maszyna, albowiem musiałaby mieć w swojej bazie danych WSZYSTKIE wydarzenia. Znacznie prostszym rozwiązaniem jest zatem oś pozbawiona punktu zerowego. Lub jakiś pływający punkt zerowy. Uff! Chwila przerwy.
Lecz oś czasu to tylko część kalendarza. Coś jakby tory. Albo szyna. Po niej toczy się koło. Dzień-noc. Pory roku. Jedyny naturalny kalendarz respektowany przez wszystkie istoty. Rok. Rok składający się z 365 pięciu dni i nocy tak samo ważnych-nieważnych. Bo w każdym wydarzyło się tyle samo rzeczy i spraw ważnych i nieważnych z punktu widzenia wszystkich istot. Więc niech każda istota wyznacza (lub nie wyznacza) i świętuje (lub nie świętuje) początek roku wtedy kiedy uzna to za stosowne. I chociaż najbardziej predestynowane do takiej funkcji wydają się cztery dni: najkrótszy, najdłuższy i te dwa trwające tyle samo co następujące po nich noce, to każdy inny dzień z równym powodzeniem może być uznany za początek nowego roku. Czy jednak ma jakiś sens, głębszy lub płytszy, wyznaczanie początku koła? I mówienie: oto dokonało się przetoczenie koła i teraz zaczyna się nowe koło? Ważne jest to, że pada śnieg, a potem topnieje, że wyrasta trawa, a potem liście żółkną. Z tego można się cieszyć i z tego smucić. Tym się można zachwycać i tym przerażać. I zamiast liczyć dni, lepiej rozglądać się dookoła i sycić oczy mieniącymi się barwami, a uszy napełniać choćby wrzaskiem gawronów, co chmurą obsiadły okoliczne drzewa.
Dzień-noc. Wiosna-lato-jesień-zima. Pora-deszczowa-pora-sucha. Jasno-ciemno. Zimno-ciepło. Mokro-sucho. To jedyny naturalny kalendarz. I w swej naturalności zupełnie obojętny. Każdy inny jest nienaturalny. Każdy inny jest despotyczny. Każdy inny jest okrutnym tyranem, któremu ludzie poddają się jednak z zadziwiającą lubością pogrążeni w przekonaniu, że bez niego marnie zginą, oszaleją i zwariują. Że świat cały zginie, oszaleje i zwariuje. A tu wystarczy wyjść do ogrodu. Wychodzę i co widzę? Całkowitą obojętność, zupełny brak zainteresowanie tym, czy dzisiaj jest czwartek czy może sobota, czy dziewiąty czerwca czy siódmy lipca, czy należy pracować czy świętować. I nic się z tego powodu nie dzieje, nic tam nie więdnie z braku podziału roku na tygodnie, dekady czy miesiące. I wszystkie istoty wiedzą co robić, jak się zachowywać, jakie przybrać stroje, jak się puszyć i co jeść, chociaż dni pozostają nieokreślone i nie nazwane. Prawie wszystkie. Bo istotom zwanym ludźmi wydawałoby się, że nie wiedzą. A skoro by im się tak wydawało, to by nie wiedzieli, bo by im do głowy nie przyszło, że wiedzieć mogą.
Uff! chwila przerwy.
Nie po to Liberlandia jest ziemią wolną, żeby hołdować wyuzdanym, rozbuchanym totalitaryzmom co skrycie, cicho i niezauważalnie organizują każdy centymetr i każdą chwilę naszego życia.
Nie będzie kalendarza.
(A cóż to znowu za problem naliczać opłaty za rozmowy telefoniczne od momentu podłączenia danego abonenta do sieci? I niechby płacił co dwadzieścia dni, albo co czterdzieści jeden. Co tyle dni, co ile by się umówił. I już.)
Albo niech każdy ma swój, jeśli chce. To mu wolno. I choć to kraina wolności, nie wolno mu będzie narzucać swojego kalendarza komukolwiek..... O naiwności! Przecież wszyscy (jacy wszyscy? kto to miałby być? kto to będzie?) będą robić tylko to właśnie – będą narzucać innym swój kalendarz, będą zmuszać innych by respektowali tylko ich święta te inne będą uznawać za idiotyczne, głupie i nienaturalne. Nienaturalne (sic!) Chociaż nikt przecież nigdy i nigdzie nie widział, żeby Natura cokolwiek gdziekolwiek i kiedykolwiek świętowała.
Uff!
Żeby jeszcze tak łatwo można było pozbyć się czasu... A zresztą niech sobie płynie. Albo nie płynie. Niech sobie robi co chce. Może stać, biegać, fruwać. Wolno mu. Teraz i tu mu wolno.
[--pagebreak--]
Bełkot
Jasność. Klarowność. Zwięzłość. Czystość. Prostota. Zrozumiałość... I tak dalej. Wszystkie inne tego typu określenia. Szkoda wyliczać. Do tego powinienem dążyć. Na tym powinienem się opierać. To powinno być podstawą. Fundamentem. Co ja piszę – nie tylko fundamentem, także ścianami i dachem – wszystkim. Wszystko takie powinno być.
A tu bełkot. Ciągle bełkot. Znowu bełkot. Jakieś krążenie. Zawijasy. Zakrętasy. Plątanina. Brak ostrości. Niedostateczny kontrast. Zamazywanie. Rozmazywanie. Mglistość. Półmrok. Ćwierćmrok. Wszystkie odmiany pomroczności. Błądzenie. Majaczenia... I tak dalej. Szkoda wyliczać. Jednym słowem bełkot.
No właśnie. Weźmy na przykład taki bełkot. Bo dlaczego bełkot a nie bełpies? To by sugerowało, że koty są jakieś pokręcone, może wręcz wredne i głupie, że nie potrafią wyrażać się w przystępny sposób, że niczego nie potrafią zakomunikować prosto i zwięźle. A jeśli by potrafiły wypowiadać się zwięźle, to byłoby dobrze czy źle? Podobno byłoby dobrze, albowiem zwięzłość uważana jest za coś pozytywnego. Dlaczego zatem jest w niej zło skoro jest dobra?
I tym sobie zaprzątam głowę. Takimi to bzdurami zaśmiecam sobie rozum. Paraliżuję zdolności praktycznego działania. Może to i dobrze. Może one powinny być sparaliżowane. Może tak byłoby lepiej. Dla mnie. Dla nas. Dla świata.
Ogólnie rzecz biorąc za mało refleksji. Za mało zastanawiania się. Przede wszystkim niedostateczna wiedza. O istocie zjawisk. O mechanizmach. Wiedzę zastępuje się wyobrażeniami.
Więc najpierw należałoby tę wiedzę zdobyć. Najpierw dogłębnie poznać zasady działania czegoś, mechanizm jakiegoś zjawiska, a potem próbować tym czymś kierować. Tak byłoby najlepiej. Tak byłoby rozsądnie. Ale rozsądek raczej nie jest mile widziany – szaleństwo i obłęd są widziane znacznie milej. Bo łatwiejsze. Łatwiej jest szaleć i błądzić swobodnie, niż mozolnie rozsądzać zgrzytając i skrzypiąc zardzewiałym umysłem.
Na przykład gospodarka. Ekonomia. Inflacje, dewaluacje, parytety, indeksy giełdowe, stopy procentowe, wtórny rynek nieruchomości... I tak dalej. Szkoda czasu na wyliczanie. Cały ogromny gmach. Niebotyczna wręcz budowla. Gigantyczny pałac. A nie wiadomo co to jest własność. Zaskakujące – ciągle nie wiadomo co to znaczy, że coś jest moje. Idę drogą, podnoszę kamień i mówię: mój. I teraz ten kamień jest moją własnością. Niepojęte. Fenomenalne. Fantastyczne. Co się stało? Jakim prawem? Na mocy jakich tajemnych rozporządzeń będę mógł teraz zrobić z tym kamieniem co zechcę, a jeśli ktoś spróbuje mi go odebrać, to będę mógł wypowiedzieć wojnę i zdemolować kraj mojego sąsiada? Nie wiadomo też co to wartość. Też niepojęte, fenomenalne i fantastyczne: wykonuje się tak skomplikowane operacje na wartościach, szafuje się nimi na prawo i lewo, a nie za bardzo wiadomo co to takiego. Znowu wiedzę zastępujemy mglistymi wyobrażeniami. Dlatego jeszcze bardziej nie wiadomo dlaczego to jest więcej warte do tamtego. Niemniej jednak brak takiej wiedzy zupełnie nam nie przeszkadza w ulubionej zabawie w ustalanie wartości. I tak oto błyszczący kamyk lub złota blaszka, może i ładne ale same w sobie zupełnie niepotrzebne mniej przydatne niż prosta motyka, okazują się mieć wartość setek książek albo kilkunastu rowerów albo jakiegoś urządzenia ratującego ludzkie życie. Podobno dlatego, że trudno je znaleźć, są przecież rzadkością. Ale napisanie książki wymaga wielokrotnie więcej wysiłku i znacznie wyższych kwalifikacji niż znalezienie bryłki złota. Dlatego w Liberlandii to książki będą wielokrotnie cenniejsze niż złote blaszki i inne świecidełka. Co nie znaczy, że będą piekielnie drogie – po prostu złoto i inne świecidełka będą niebiańsko tanie, może nawet bezwartościowe... O tak. Zapewne wiele wartości ulegnie przewartościowaniu i stanie się kompletnie bezwartościowymi śmieciami. Można się nawet spodziewać, że Liberlandia ulegnie kompletnemu zaśmieceniu. Wręcz będzie jednym wielkim wysypiskiem śmieci. Ba! Duchową kloaką!
A jednak wbrew powszechnie panującej opinii takie filozofowanie nie jest ani stratą czasu, ani bujaniem w obłokach. Ma ono bardzo konkretny wymiar i łatwo przekłada się na praktykę życia codziennego.
Otóż to. Praktyka życia codziennego.
Jakże byłoby wspaniale, gdybyśmy najpierw mogli poznać wszystkie mechanizmy życia, a dopiero potem żyć. Kiedy jednak mielibyśmy je poznać i kto miałby nas ich uczyć? Wszak chociaż wszyscy jakoś żyją, to nikt nie wie co to jest życie, a nawet gdyby ktoś taki był, albo nawet było takich istot wiele, to jak miałyby tę swoją wiedzę przekazać komuś kogo jeszcze nie ma, kto dopiero się pojawi?... Musimy więc poznawać życie żyjąc: w biegu, w locie, w marszu, w pełzaniu. A te wszystkie doświadczenia poprzednich pokoleń tak skrzętnie zbierane i równie niefrasobliwie trwonione? (Lecz co my sobie przede wszystkim przekazujemy? Ano wyobrażenia, domysły, fantazje, mrzonki, absurdy - piszę oczywiście o praktyce życia codziennego.) To tak jakbyśmy chcieli nauczyć się pisać tylko czytając. I przeczytalibyśmy wszystkie książki, także i te o tym jak napisać książkę. Dopiero wtedy siedlibyśmy nad kartką papieru lub przed monitorem dogłębnie przekonani, że oto teraz napiszemy świetną książkę szybko i bez trudu, wiemy bowiem o pisaniu wszystko. I nie jest wykluczone, że tak by się stało. Znacznie bardziej jednak prawdopodobne jest to, że już pierwsze zdanie przyniosłoby nam ogromne rozczarowanie co do stanu naszej wiedzy o pisaniu książek. Całkowicie pewne natomiast jest to, że nie zdążylibyśmy napisać tego pierwszego zdania, nawet byśmy go nie zaczęli, bo całe życie wypełniłoby nam czytanie.
Znowu wpadam w tryby błędnych kół. Bo błędne koła z całą pewnością są zębate. I jest ich wiele. Kręcą się i kręcą. Zgrzytają i skrzypią. Bełkoczą.
I co tu teraz robić?
Kupić kilka ton żwiru i zrobić wreszcie dojazd do garażu. To w ramach ogólnopaństwowej akcji wyrównywania nierówności.
Ale upał!
[--pagebreak--]
Prawo
Od maja, a może nawet od końca kwietnia, to zależy od pogody, do września winorośl rośnie jak szalona. Bez umiaru.... Chociaż, kto to wie: może jej się wydaje, że robi to dyskretnie i z wdziękiem, szanując otoczenie i nie narzucając mu się zbytnio. Wszak różne są punkty widzenia. W każdym razie południową ścianę domu zarasta winorośl uszlachetniona. Z naszego, ludzkiego punktu widzenia, bo nie wiadomo, czy ona nie czuje się zhańbiona tymi wszystkimi zabiegami hodowlanymi, które uczyniły z niej niewolnika i całą dumę istnienia sprowadziły do karłowatego krzaczka o gałązkach powyginanych w pętle – ta nie powinna narzekać, przynajmniej z tego powodu, jest przecież krzakiem prawie już gigantycznym, już zadusiła i zmiażdżyła śliwę na której w młodości się opierała, a teraz zapewne zadusiłaby i dom (a róża? ta monstrualna co rzuciła się na gruszę i grusza już prawie uschła, a róża nie wytrzymała ciężaru swej wielkości i któregoś roku zapadła się, załamała i od tej pory nie jest już białą chmurą, lecz tylko strzępami porannej mgły? a ten dąb co nagle pojawił się w koronie jabłoni? a smukły jesion w krzaku czarnego bzu? jakby jakaś epidemia niedozwolonych miłości międzygatunkowych lub zupełnie dozwolonych międzyrodzajowych sabotaży) .... Winorośl oplatająca dom od północy i zachodu i pokrywająca znaczne połacie dachu nie jest uszlachetniona – lub pisząc inaczej: jest szlachetnie dzika i nie została cywilizacyjnie zmanierowana. Co zmanierowane, co dzikie, a co ucywilizowane to inne gąszcz, inna plątanina, inna bagnista dżungla. Nie w nią teraz będę się zagłębiał, choć kiedyś zapewne będę musiał to zrobić. Chyba, że uczynię z tego ścisły rezerwat, tak ścisły, że nikt nie będzie miał prawa, ani odwagi, ani chęci, ani woli go badać. Tak ścisły i tajny on będzie, że nikt nie będzie nawet wiedział o jego istnieniu, nie będzie się go domyślał, ani go o istnienie podejrzewał..... Więc przez całą prawie wiosnę i przez całe lato muszę odpierać ataki rozbestwionej, rozbuchanej winorośli. Ciągle muszę coś przycinać, coś skracać, coś trzebić. A ona nic. Ona na to nie zwraca uwagi. Rośnie i rośnie. Jakbym nie zamykał okna to by wrosła do środka, rzuciłaby się na książki, siedziałaby na fotelu, spałaby na kanapie, a może nawet zechciałaby zażywać kąpieli w wannie, chłodzić się w lodówce, oglądać satelitarną telewizję. Ha! tego by nie mogła, bo w swojej głupocie i pazernym zagarnianiu przestrzeni przykryłaby gęstym kożuchem czaszę anteny i konwerter. Bezczelna! Jakim prawem się tak panoszy?
Właśnie: jakim prawem?
Jakim prawem tu stoi mój dom?
Prawo.
Czyli co komu wolno, a czego nie wolno. Co kto musi, a czego nie musi. Co kto powinien, a czego nie powinien. Co kto może, a czego nie może. Co kto chciałby, a czego nie chciałby.... Nie. To ostatnie już nie. To byłyby życzenia. A to przedostatnie? Chyba tak. Chociaż tam znalazłyby się także zwykłe stwierdzenia, na przykład: nie mogę usłyszeć ultradźwięków (bo mi na to nie pozwala budowa moich uszu), co nie znaczy że nie mogę słuchać ultradźwięków – przecież mogę słuchać ich nie słysząc ich: nie słyszenie nie wyklucza słuchania, tak jak nie słuchanie nie wyklucza słyszenia. Czyli już na wstępie pojawiają się komplikacje. Czyli jak zwykle... Ale to pierwsze to byłoby prawo. To drugie i trzecie raczej też. A potem coraz mniej pewności. A pewność powinna być. Nie może być wahań. Niepewności i wahania prowadzą do różnych interpretacji, a te prowadzą do strasznych komplikacji i w rezultacie mamy sytuację taką, że niby prawo jest, ale nikt go nie przestrzega, jest, ale nie wiadomo po co - chyba tylko po to żeby poprawić nasze samopoczucie – jest, a jakby go nie było. I nadal trwa chaotyczna przepychanka..... A o co miałoby tu chodzić: żeby ta przepychanka była uporządkowana? czy żeby nie było jej wcale? czy żeby było chaotyczne nieprzepychanie? czy żeby było uporządkowane nieprzepychanie?
Muszę coś postanowić. Czy muszę, czy może tylko powinienem? Chyba powinienem. Chcę. Raczej chciałbym. A czy mogę? No mogę. Zawsze mogę coś postanowić. Nie zawsze z tego postanowienia może coś wynikać. To zależy co postanowię. Mogę wybrać już jakiś istniejący model. Mógłbym go zastosować bez żadnych zmian, ulepszeń i pogorszeń, ale mógłbym też spróbować go lepiej dopasować do tej specyficznej sytuacji. Mogę też próbować stworzyć nowy, zupełnie nowy model, taki który by jak najlepiej pasował do tej właśnie sytuacji i który zadowoliłby wszystkich w tę sytuację zamieszanych. Czyli miałbym szansę być pierwszym, który wszystkim dogodził. To bardzo kuszące. Ale też niebezpieczne, bo mogę się jakże łatwo roztrzaskać, mogę zostać zmiażdżony, przytłoczony, zgnieciony, zmaltretowany, zmasakrowany, rozerwany na strzępy. Zatem najpierw rozejrzę się w ofercie modeli gotowych do natychmiastowego wręcz zastosowania.
Oto bardzo popularny model dwupoziomowy: prawo naturalne i prawo stanowione. Dwa warianty: prawo naturalne nad prawem stanowionym lub odwrotnie. Może jest też i trzeci wariant: obok siebie. A może i czwarty: jedno w drugim, przemieszane i pomieszane. Być może są jeszcze inne warianty, jak również ich kombinacje, ale to nie jest tak istotne. Istotne jest to, że są dwa poziomy. I to że mają one być różne, wręcz do siebie równoległe. Bowiem prawo naturalne ma być stałe i niezmienne i jako takie ma stanowić podstawę do tego stanowionego, które można zmieniać. To naturalne nie może być zmieniane, bo jak sama jego nazwa wskazuje, wynika ono z natury. Po prostu tak jest i już – jest tak jak jest i nic się nie zmieni, bo zmienić się nie może..... I tu znowu, jak zwykle już na samym początku, pojawiają się wątpliwości. Bo jeśli prawo naturalne ogranicza się do stwierdzania faktów, to będzie ono zbiorem stwierdzeń, a nie zbiorem zakazów i nakazów, ani też wskazań, zaleceń i przywilejów. Bardziej mylące jest jednak określenie naturalne, albowiem wbrew pozorom wcale nie odnosi się ono do Natury, lecz do istot boskich, czyli nadnaturalnych. I wcale nie jest tak jak byśmy mogli się spodziewać, że prawo naturalne jest zbiorem stwierdzeń – jest ono zbiorem zakazów i nakazów wydanych przez istotę boską i dotyczących istot nie-naturalnych czyli ludzkich. Prawo naturalne niewiele zatem ma wspólnego z naturą. Chyba że z tą drugą. Czyli z przyzwyczajeniami. Czyli z kulturą. Zawsze jednak można dojść do wniosku, że to istoty ludzkie są naturalne, a wszystko co je otacza jest nienaturalne. Tak. To bardzo interesujące, że prawo naturalne nie dotyczy wcale Natury. Ani też nie pochodzi od Natury. Chyba że Naturę (piszę z dużej litery, bo chodzi mi w tym przypadku o przyrodę) utożsamimy z bogiem (piszę z małej litery, bo chodzi mi w tym przypadku o jakiegokolwiek boga, a nie o jednego, szczególnego i konkretnego), ale jak wiadomo tego raczej nie zrobimy, bo gdybyśmy tak zrobili, to wyszłoby na to że Przyroda stworzyła samą siebie, co byłoby wodą na młyn nauki, a kijem w szprychach roweru religii ..... Dlaczego piszę w pierwszej osobie liczby mnogiej? Bo niby tak się mówi, tak się pisze. Niby ma to znaczyć, że nie wiadomo o kogo chodzi. Dziwne. Bardzo dziwne. Zatem muszę pisać inaczej .... W przekonaniu wierzących, prawo naturalne pochodzi nie od Natury, lecz od boga który je stworzył, tak jak stworzył Naturę. Ten bóg jest z reguły wszechmocny i wszechwiedzący. Z łatwością zatem może więc zmienić prawo, które ustanowił. A jeśli tak, to trudno raczej uznać zbiór takich wskazań, które w każdej chwili mogą być zmieniane, za fundament, za opokę, na której można wznosić gmach prawa stanowionego.
Czyli muszę szukać dalej.
Ale mogę też dokonać modyfikacji. A właściwie remodyfikacji. Reinterpretacji. Bo sama idea dwupoziomowości jest ponętna. Pod warunkiem, że ten pierwszy poziom, poziom prawa naturalnego, rzeczywiście będzie tym czym być powinien: zbiorem praw, reguł i zasad dotyczących Natury. Na przykład: prawo Kepplera, reguła nieoznaczoności, zasady termodynamiki, prawo Kalego.... I tak dalej. I na takiej opoce można by dopiero wznosić gmach praw stanowionych. To prawo stanowione powinno być wtedy niesprzeczne z prawem naturalnym. Czy byłoby to możliwe? Czy dałoby się stanowić takie prawa, które byłyby niesprzeczne z Naturą, a przez to wykonalne? Czy byłoby to dobre? Urok praw sprzecznych z Naturą, a przez to niewykonalnych, polega bowiem na tym, że stawia człowieka na straconej pozycji, wpędza go w poczucie nieustannej winy, nędzy i marności, a przez to ułatwia manipulowanie nim. Czy dobrze jest pozbawiać się tak potężnego narzędzia? Dobrze, dobrze. Niewiele dobrego jak dotąd z posiadania tego narzędzia wynikło.
No tak. Więc tu chodziłoby o to, żeby Kultura nie była sprzeczna z Naturą.... No cóż, sprzeczna to ona w zasadzie nie jest. W zasadzie Kultura jest częścią Natury i jako taka podlega prawom Natury (czy istoty należące do Natury, czyli Naturalne, mogą stworzyć coś co nie należałoby do Natury, co byłoby nienaturalne?). Problem w tym, że Kulturę postrzega się jako coś co jest w opozycji do Natury, coś co z Naturą walczy, zmaga się, toczy z nią śmiertelny bój: albo Natura albo Kultura. Głównie z potrzeby wyróżnienia się, oddzielenia, wyalienowania, wywyższenia.... czy jest to potrzeba naturalna czy kulturalna? hmm ...... No więc zamiast albo-albo trzeba wstawić i-i. Czyli żeby było tak jak jest, a nie tak jak nam się wydaje że jest, jak uważamy że być powinno, jak chcielibyśmy żeby było.....
Właśnie. Lecz można by odnieść wrażenie, które z pewnością byłoby w dużym stopniu zdziwieniem, że lista praw, zasad i reguł należących do Prawa Naturalnego (tego naprawdę naturalnego czyli wywodzącego się z Natury – dlatego użyłem dużej litery, żeby się nie pomyliło) obejmuje prawa, zasady i reguły niewiele, albo wręcz nic nie mające wspólnego z ludźmi, a przez to w ogóle nieprzydatne do stanowienia na ich podstawie przepisów porządkujących życie naszych społeczności i społeczeństw. Jest to jednak wrażenie tak mylne jak powszechne. (Pamiętam, że wiele lat temu, czyli w epoce, kiedy trzy-i-półcalowa dyskietka była podstawowym nośnikiem zapisu danych, założyłem firmę. Jednoosobowe legalne wydawnictwo. Kupiłem od razu książkę przeczytanie której miało pomóc mi w prowadzeniu księgowości, rozliczeniach i wielu innych podobnych i niepodobnych rzeczach i sprawach. Dowiedziałem się z tej książki, że na przykład dyskietka jest zarówno środkiem trwałym jak i nietrwałym i może być księgowana albo tak albo tak jak również i tak i tak. Olśniewające! Zupełnie jak elektron, który albo jest falą albo cząsteczką lub jest i falą i cząsteczką. Po lekturze owej książki postanowiłem wyrejestrować firmę. Moje jednoosobowe wydawnictwo istnieje dalej, jako wydawnictwo nadziemne – dyskietki jeszcze istnieją, ale są już na zupełnym wymarciu.) Weźmy na przykład prawo Kalego. Jest to absolutnie podstawowe prawo regulujące relacje między żywymi i nie-żywymi istotami. Przypominam, że nie ma ono nic wspólnego z okrutną boginią Kali, ma za to bardzo wiele wspólnego z pewnym dosyć łagodnym afrykańskim chłopcem, który nie wiadomo czy był równie łagodny kiedy już stał się królem. Brzmi ono tak: Kali ukraść krowy - dobrze, Kalemu ukraść krowy – źle. Prawo to zostało sformułowane przez znanego pisarza Henryka Sienkiewicza. Chociaż uważam, że Nagroda Nobla jaką otrzymał nie należała mu się za napisane książki (bo żyli i tworzyli wówczas lepsi i poważniejsi od niego pisarze), to z całą pewnością należała mu się za to jedno zdanie. Nikt bowiem nie sformułował tak jasno i dobitnie owego prawa będącego podstawą wszelkiej etyki i moralności. Wątpliwości budzi co prawda to, na ile Sienkiewicz był świadom tego co napisał. Wszak włożył to zdanie w usta Kalego, chcąc w ten sposób pokazać, że to dzicy mają takie zgoła fałszywe pojęcie o moralności i etyce, podczas gdy on, człowiek cywilizowany myśli inaczej i pojmuje moralność i etykę właściwie. I może rzeczywiście myślał on inaczej, z całą pewnością jednak postępował dokładnie tak samo, albowiem nie mógł postępować inaczej....
No tak.
No właśnie.
I co teraz robić?
Jak zwykle iść do sadu albo na łąkę. A tam dzicz. Bezhołowie. Chaos. Brutalność. Bezprawie. I jaki porządek. Zadziwiający. Jak w bibliotece. Każde drzewo, każdy krzew jak książka. Każdy liść jak strona. Zadziwiające.
[--pagebreak--]
Tożsamość
Kiedyś ktoś napisał książkę pod tytułem
Tożsamość kogoś-tam. Oczywiście w tytule nie było słowa
kogoś-tam tylko jakieś nazwisko. Ja wykorzystałem słowo
kogoś-tam, ponieważ po prostu zapomniałem jakie to było nazwisko. Jakieś dziwne. Jak wszystkie nazwisko. Nie pamiętam nawet, czy było to nazwisko z rodzaju tych coś znaczących, czyli takich co to zawierają w sobie jakąś historyjkę lub takową sugerują w mniej lub bardziej otwarty lub zawoalowany sposób, czy też było ono z rodzaju nic nie znaczących, ot, takie sobie zestawienie liter, głosek, sylab, fonemów, co kto woli. Zresztą nawet gdyby należało ono do tych zawierających w sobie jakieś historyjki, to i tak nie miałyby one większego znaczenia, albowiem z reguły pozostają bez najmniejszego związku z historiami w które uwikłane są osoby te nazwiska noszące. Oczywiście, czasami zdarzają się kombinacje dosyć niezwykłe, wręcz kabaretowe, jak w przypadku brytyjskiej męskiej sztafety cztery razy czterysta metrów, którą stanowiło trzech zawodników czarnoskórych (zdecydowanie prawdziwsze byłoby określenie
ciemnoskórych, ale tu chodzi o co innego) i jeden białoskóry (określenie
białoskóry jest równie nieprawdziwe jak
czarnoskóry – ludzie nie mają białej skóry, nawet kiedy zbledną jak papier, no chyba że mamy na myśli papier nie biały – jednakże określenie
jasnoskóry nie jest tak przeciwstawne do określenia
ciemnoskóry jak biały do czarnego – jasność i ciemność zawierają w sobie stopniowalność, gradację, coś może być ciemniejsze lub jaśniejsze, a wtedy może się zdarzyć, że
małojasny będzie nie do odróżnienia od
małociemnego). Otóż, ten jedyny białoskóry zawodnik nazywał się Black, co jak wiadomo oznacza Czarny. Sytuacja byłaby idealna, gdyby trzej czarnoskórzy zawodnicy byli braćmi i nosili nazwisko White, czyli Biały. Z reguły jednak sytuacje, w których się znajdujemy dalekie są od ideału i nie ma sobie co tym teraz głowy zawracać.
Wracając zaś do książki... Niestety, nie pamiętam też o czym ta książka była. Nie mogę pamiętać, albowiem jej nie czytałem. Słyszałem tylko fragmenty jej fragmentów czytanych w radio. To była powieść sensacyjna i chodziło w niej mniej więcej o to, że ktoś kogoś ścigał, lub też miał odnaleźć (co na jedno wychodzi), ale nie wychodziło mu to dobrze, ponieważ znał tylko nazwisko tej osoby nie znał zaś jej samej. Lub na odwrót. Czyli problem głównie polegał na tym, żeby przypasować nazwisko do osoby. Czyli żeby złapany był tożsamy ze ściganym. Czyli żeby złapany nosił takie samo nazwisko jak ścigany.... Oh nie, oczywiście, że to nie było takie proste, zarówno autor jak ścigający nie byli aż takimi idiotami, żeby myśleć iż o tożsamości danej osoby decyduje nazwisko. Tylko nazwisko. Bo w jakimś stopniu ono też decyduje. Nawet gdyby było zmieniane wielokrotnie. To każde z tych nowych nazwisk też by się na tę tożsamość składało. Choćby w niewielkim stopniu, ale jednak. Wydaje mi się, że tam pojawiła się jeszcze większa komplikacja, która okrutnie utrudniała życie i pracę ścigającym: otóż sam ścigany nie wiedział już kim jest. Czyli utracił tożsamość.
To bardzo ciekawe: czy można utracić tożsamość?
Podobno można. Nawet jest to uważane za straszną tragedię. Wręcz pojawiają się obawy, że taki ktoś już żyć nie może, że zaraz zginie marnie i z kretesem. Ale też i pojawiają się oskarżenia względem takiej osoby: jak mogła do tego dopuścić? Pojawiają się również pretensje do innych osób, które niedostatecznie tej osoby pilnowały: jak można było do tego dopuścić?
Wynikałoby z tego, że są dwie tożsamości.
Co to jest jednak tożsamość w ogóle?
Tożsamy to taki sam. Czyli tożsamość to takosamość. Czyli ktoś jest taki sam. Konstrukcja
taki sam wymaga jednak drugiego członu:
taki sam jak ..... W miejsce tych kropek należy wstawić coś. Co?
Pierwszy rodzaj tożsamości zakłada, że zamiast kropek wstawiamy
ci którzy żyją obok mnie. Tożsamość jest relacją działającą w dwie strony, z czego wynika, że ci-którzy-żyją-obok-mnie mają być tacy sami jak ja. Zatem obok siebie powinni żyć tacy sami. Inni nie powinni. Inni – czyli nie tacy sami, różni. A jeśli zdarzyłoby się, że obok żyją nie-tacy-sami, czyli różni, to należy ich przekształcić w takich samych lub co najmniej w podobnych. Co prawda podobny to nie to samo co taki-sam, ale i tak już lepszy niż inny, różny, odmienny, nie-taki-sam. Niestety, podobieństwo zawiera w sobie stopniowalność, gradację i to jest niedobre – tożsamość (czyli taksamość) nie jest stopniowalna: jestem taki sam jak oni a oni są tacy sami jak ja i już, żadnych ale, żadnych wątpliwości. W czasach nieporównanie mniejszego przemieszania i przemieszczania się, miało to głęboki sens – w gnieździe nie ma miejsca dla obcych. A jeśli obcy (czyli nie-taki-sam) się pojawi, to kończy się to tak jak w przypadku kukułczego intruza, który wyrzuca w gniazda prawowitych mieszkańców. Otaczanie się takimi-samymi zapewnia bezpieczeństwo, ponieważ wiadomo jak się będą zachowywać, wiadomo co im się w głowach roi, co knują i jak będą reagować. Niewątpliwie zawsze może zdarzyć się coś nieoczekiwanego: ktoś może oszaleć i stanie się nieprzewidywalny. To jednak jest zupełnie normalne odstępstwo od normy, wyjątek potwierdzający regułę, anomalia nad którą łatwo zapanować. Wyjątków nie może jednak być zbyt dużo, ponieważ wtedy to one staną się regułą, co spowoduje postawienie świata na głowie. Co może nie jest najgorsze, bo jest to tylko niejako odwrócenie klepsydry – piasek dalej się przesypuje i o to chodzi. Najgorsze jest położenie klepsydry. Czyli sytuacją, w której jest tyle wyjątków co i reguł, bo wtedy nie wiadomo co jest wyjątkiem a co reguła, nic wtedy nie wiadomo, piasek nie przesypuje się, czas staje, życie przestaje się toczyć, świat zamiera, masakra, apokalipsa, tragedia najtragiczniejsza.....
Nie należy jednak wyobrażać sobie, że chodzi tu o to żebyśmy wszyscy wyglądali tak samo. O nie. Takie same gęby dookoła to byłoby nudne. A jeszcze noszące takie same ciuchy. Okropność! Ale różne gęby noszące różne ciuchy, lecz myślące tak samo – o to to! właśnie o to chodzi! żeby te różne gęby w różnych ciuchach (oczywiście bez przesady z tą różnością – chociaż nie musiałyby one być takie same, to musiałyby być podobne, a im mniej podobne tym gorzej) miały takie same poglądy, tak samo reagowały, to samo jadły, w to samo wierzyły, to samo lubiły i tego samego nie lubiły....
To jest tożsamość, którą można określić mianem tożsamości zewnętrznej. Tożsamość maski. I taka właśnie jest najbardziej ceniona w krajach ościennych. Czyli w państwach zapłotnych. Lub zamiedznych. Jest na ceniona zarówno przez rządzących jak i przez rządzonych. Przez tych pierwszych dlatego, że sprawia ona iż rządzeni są wszyscy tacy sami (lub przynajmniej bardzo podobni jeden do drugiego, lub co najmniej bardziej podobni niż niepodobni), a wtedy znacznie łatwiej rządzić. Przez tych drugich zaś dlatego, że nie trzeba się zastanawiać nad tym jakże podstępnym pytaniem: kto ty jesteś? tylko od razu i bez specjalnego wahania można odpowiedzieć: ja jestem moim rodakiem (co znaczy: ja i ci dookoła mnie należymy do tego samego rodu i w związku z tym jesteśmy tacy sami bo gdybyśmy nie byli tacy sami to nie należelibyśmy do tego samego rodu z czego wynika że wszystkie osiągnięcia tego rodu są także moimi osiągnięciami nie muszę się więc wysilać bo i tak spływa na mnie blask i sława moich rodaków i tak dalej).
Ta tożsamość nie jest natomiast ceniona tutaj. Głównie z powodu konsekwencji jakie ze sobą niesie. A jej główną konsekwencją jest chęć, próba i dążenie do przerabiania wszystkich nie-takich-samych na takich-samych. Do czego to prowadzi szkoda pisać, bo napisano już o tym tysiące opasłych tomów. Zdumiewające jednak jest to, że prawie żaden z autorów nie widzi w takim przerabianiu innych na takich-samych niczego złego – to znaczy jeśli my chcemy przerabiać innych na takich samych jak my, bo jeśli to ci inni chcą nas przerabiać, to jest to już coś niewyobrażalnie złego i ohydnego. Ale to już inna historia, choć z tej się wywodząca....
Tutaj ceniona jest tożsamość, którą można by określić mianem tożsamości wewnętrznej. Tożsamość twarzy. Wtedy na to jakże podstępne pytanie: kto ty jesteś? kim jesteś? też można odpowiedzieć od razu i bez specjalnego wahania: ja jestem sobą, jestem tym kim jestem (czyli jestem tym co robiłem, zrobiłem, robię, będę robić i zrobię, jestem tym co osiągnąłem, jestem tym co umiem, co potrafię, a osiągnięcia innych są ich osiągnięciami chociaż zapewne mam w nich jakiś udział, bo przecież oni korzystali z moich osiągnięć tak jak ja korzystam z ich i tak dalej).
I co z tego wynika? Dla rządzących tragedia, bo taką zbieraniną nie da się rządzić. Nic się nie da zrobić z taką zbieraniną. Bo skoro wokół nas są tylko i wyłącznie nie-tacy-sami, inni, różni, niepodobni, to Inny przestaje być groźny. Nie można już straszyć Innym. Można by straszyć takim-samym, ale to nie to samo Rządzenie należałoby zastąpić zarządzaniem. A to też nie to samo. To zupełnie co innego. Trudno oczekiwać pomników, honorów, zaszczytów.
Wynikałoby też z tego, że skoro każdy ma swoją tożsamość jako że przede wszystkim jest tożsamy z samym sobą (co więcej: tylko taka tożsamość jest możliwa i to też w ograniczonym zakresie), to każdy powinien mieć swój paszport lub inny dowód tożsamości. Swój w sensie przez siebie robiony i do swojej tożsamości dopasowany. Skoro nikt nie należałby do żadnej grupy (chodzi tu o grupę takich-samych, czy też uważających się za takich samych) to paszporty stwierdzające przynależność do takiej grupy (również przez zastosowanie takiego samego wzoru dla każdego – różne zdjęcia wskazywałyby jedynie na te zewnętrzne, powierzchowne, różnice, natomiast takie same okładki, strony, papier, czcionki, sformułowania, znaki wodne, platynowe paski mieniące się kolorami tęczy i tak dalej wskazywałyby na wewnętrzną taksamość) nie miałyby sensu. Owa ograniczoność tożsamość, którą wzmiankowałem w nawiasie, polega na tym, że tożsamość możliwa jest jedynie w teraźniejszości. Pełna tożsamość. Albowiem ja-wczorajszy nie jestem taki sam jak ja-dzisiejszy. Jestem tylko bardzo bardzo bardzo podobny. Jeśli zatem paszport lub inny dokument miałby stwierdzać moją tożsamość, czyli odpowiadać na pytanie
kim jestem to codziennie musiałby być wydawany na nowo. (O czym bardzo dobrze wie niejaki Roman Opałko i on mógłby być honorowym obywatelem Liberlandii, gdyby w Liberlandii istniało coś takiego jak obywatelstwo i honor. Ale to już inna historia....)
Jeśli kiedyś tak się zdarzy, że wybierzesz się do Liberlandii, to wkraczając-wjeżdżając-wlatując-wpływając-wczołgując-się-wchodząc-wbiegając-wślizgując-się-wtaczając-się-i-tak-dalej na jej obszar, zapewne usłyszysz następujący komunikat:
Drodzy Podróżni. Za chwilę znajdziecie się w Liberlandii. Właściwie to już jesteście, albowiem ta chwila już minęła – tak moglibyście mniemać, lecz tak nie jest. Wam się tak może wydawać, ale to co wam się wydaje niekoniecznie musi dziać się naprawdę. Zresztą wam wydaje się dużo rzeczy. Tak dużo rzeczy wam się wydaje, iż wydaje wam się nawet, że to co wam się wydaje wcale wam się nie wydaje..... Zawiłe? Tak. Lecz niech ta zawiłość będzie ostrzeżeniem i przypomnieniem, że przebywanie w Liberlandii nie jest sprawą prostą. Ot choćby i z tego powodu, że aby tu się dostać musicie najpierw określić swoją tożsamość. Nie chodzi jednak wcale o to, abyście powiedzieli kim wam się wydaje, że jesteście. Maski, stroje i etykietki nie interesują nas. Paszporty, dowody osobiste, prawa jazdy czy legitymacje też nas nie interesują, gdyż one stwierdzają tylko kim jesteście (lub kim wam się wydaje, że jesteście – lub im się wydaje że stwierdzają kim jesteście – lub im się wydaje że stwierdzają kim wam się wydaje że jesteście – i tak dalej), co nie jest specjalnie interesujące. Tysiąckrotnie bardziej interesujące jest to jacy jesteście. Zatem, wszystkie te wyżej wymienione dokumenty, jak również te nie wymienione, te i inne zaświadczenia, możecie schować, albo nawet wyrzucić. Zamiast nich moglibyście pokazać ot choćby książki, które ostatnio przeczytaliście, albo które właśnie czytacie. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że to też nie powie o was wiele, ale z pewnością więcej niż paszport czy dowód osobisty. Zdajemy też sobie sprawę z tego, że niektórzy będą oszukiwać i pokazywać książki, których wcale nie czytali, nie czytają, ani nie mają zamiaru przeczytać – czyż to jednak nie powie więcej niż pokazanie paszportu, nawet sfałszowanego? Zdajemy sobie też sprawę z tego, że może się zdarzyć, iż właśnie czytana książka będzie odbiegać od zasadniczego szlaku czytelniczego danej osoby, czymś w rodzaju skoku w bok, zaglądnięcie w ślepy zaułek... Zdajemy też sobie sprawę, że ktoś może przedkładać nad lekturę słuchanie muzyki lub oglądanie obrazów (mógłby wtedy pokazać co ogląda i zaprezentować co słucha – albo coś zagrać lub namalować).... Zdajemy sobie sprawę z wielu rzeczy, aczkolwiek z równie wielu rzeczy sprawy sobie nie zdajemy....
Być może komunikat ten będzie też wydrukowany. Być może będzie skomponowany z zapachów. Być może poinformuje o tym specjalna konfiguracja i uporządkowanie przestrzeni – to dla tych co czytają przestrzeń tak jak inni litery lub hieroglify. Być może....
[--pagebreak--]
Układ
Państwo to układ.
Państwo to układ układów.
Państwo to układ składający się z mniejszych układów i pozostający w większym układzie.
Układ układów w układzie.
Tak jest i wygląda na to, że nie może być inaczej.
Państwo nie może nie być układem.
Ja też jestem układem. Układem układów w układzie.
Tak jest i nie może być inaczej.
Co wcale nie znaczy, że ja jestem państwem. Na świecie jest mnóstwo rozmaitych układów. Sam świat też jest układem, który jest częścią większego układu zwanego Wszechświatem.
Oczywiście można próbować wyobrazić sobie świat pozbawiony układów, który w dodatku sam nie jest układem. To byłby nawet bardzo interesujący eksperyment myślowy. Zapewne nieudany, albowiem jak powszechnie (nie)wiadomo wyobrazić możemy sobie tylko to, co już znamy. Co najwyżej możemy układać ze znanych nam elementów jakieś inne, nieistniejące układy, ale raczej nie wyobrazimy sobie zupełnie nieznanych nam elementów, które układałyby się w coś równie całkowicie nam nieznanego. Dlatego nie wyobrazimy sobie świata, który nie byłby układem, ponieważ znamy tylko świat, który jest układem.
A układy jak to układy: rozkładają się i składają.
Kiedy któryś z układów się zacznie się rozkładać, wtedy może stanowić zagrożenie dla funkcjonowania innych układów. Taki psujący się układ należy naprawić. Czasami nawet należy go usunąć, bo może zacząć on psuć i rozkładać inne układy z którymi jest w układzie. Czasami jednak jest to niemożliwe, gdyż usunięcie takiego układu może spowodować rozkład tego większego układu. Można też próbować zastąpić jeden układ drugim. W zasadzie jest to jedyne co można zrobić. Zresztą trudno mówić i pisać o tym w ten sposób, bo to układy same się zastępują, jedne wypierają drugie, natychmiast zapełniają miejsce po tych, które się rozpadły. Nam tu nic do tego. Możemy co najwyżej trwać w złudzeniu, że to wynik naszych przemyślanych, świadomych, konkretnych, celowych i jakichś tam jeszcze działań.
Niestety, nie wszystko można wymienić, zastąpić lub usunąć. Można sobie wymienić serce, ale całego układu krążenia już nie. Przynajmniej teraz. Może kiedyś będzie to można zrobić. Można wyciąć sobie żołądek i bez niego żyć. Trudno byłoby jednak żyć bez całego układu pokarmowego. Nerkę prawdziwą możne zastąpić sztuczną, ale jest to ciągle dosyć kłopotliwe. Próchniejącego szkieletu też na razie nie można wymienić na nowy. Bądźmy jednak cierpliwi.
A bez państwa da się żyć. Na co wskazują liczne przykłady ludów bezpaństwowych. Co by znaczyło, że państwo nie jest układem koniecznym i niezbędnym. Państwo jest jak ubranie. Wystarczy przenieść się do ciepłych krajów i można ubranie zdjąć. Albo przynajmniej bardzo je ograniczyć. Zredukować do przepaski z liści. (Bardzo atrakcyjne jest porównanie państwa do ubrania. Można by je rozwinąć w długą i zawiłą dysertację... Nawet gdyby przyjąć, że nie strój zdobi człowieka, to strój na pewno go krępuje, nastraja, zmusza, zachęca, czyli ogólnie rzecz biorąc na człowieka wpływa, bo nie jest obojętny, bo coś znaczy, o czymś świadczy...)
A bez skóry już by się żyć nie dało. I tak jak lud poradzi sobie bez państwa, to nie poradzi sobie bez ludowości, bez układu zwanego „lud”, na który składają się pomniejsze układy i układziki. Plemię nie poradzi sobie bez swojej „plemienności”, a rodzina bez „rodzinności”. Bowiem lud, plemię, klan, rodzina wielka i mała, grupa przyjaciół, znajomych czy wtajemniczonych, to wszystko układy zawierane po to, żeby ci, którzy są w tym układzie czerpali z tego korzyści jednocześnie oddając swój zapał, wiedzę, energię, umiejętności temu układowi...
Polityka to sztuka układania układów. Sztuka w rozumieniu umiejętności, a nie tworzenia rzeczy i zjawisk sztucznych. Nie ma bowiem nic bardziej naturalnego niż układy. Nie ma bowiem bardziej naturalnego procesu niż układanie. Niekończące się układanie układanek.
Zatem moje państwo to też układ. Układ układów w układzie. Układ drzew w ogrodzie. Układ splątanych, bezlistnych gałęzi w układzie drzew. Układ chylących się ku upadkowi jabłoni, zaciekle i beznadziejnie broniących swych przywilejów przed naporem jesionów, dębów i brzóz... Układ niewidzialnych mysich ścieżek, które może wnet zamienią się w układ podśnieżnych tuneli ujawniający się niekiedy w czasie odwilży... Tajemnicze i niezrozumiałe układy pajęczyn za i pod szafami gdzie muchy zdają się nigdy nie latać. Wredne układy niżów i wyżów oraz frontów zimnych i ciepłych – byle tylko zalać, zatopić, wysuszyć, spalić, przeziębić, przemoczyć, zmrozić...
Wszystko ze wszystkim wchodzi w układy. Jedni z drugimi, żeby wypchnąć tych trzecich. Czwarci z piątymi, żeby zgnębić tych szóstych. Niekończące się zawieranie i zrywanie układów. ŻEBY NAM SIĘ LEPIEJ W ŻYCIU UKŁADAŁO.
Układam litery w słowa, a słowa w zdania, żeby zapanować nad obezwładniającym mnie układem myśli, doznań, spostrzeżeń. A potem ten układ liter-słów-zdań próbuje obezwładnić moje myśli, doznania, spostrzeżenia.
Cóż mogę zrobić? Wyciąć drzewa? Spalić trawę? Wygonić z domu koty i pchły? Wymazać w książkach wszystkie litery i znaki? Cóż to da? Nic to nie da, bo dać nie może. Zawsze coś zostanie. Zawsze zostanie czegoś wystarczająco dużo, by stworzyć nowy układ.
A ja w środku tych wirujących układów. W tej sieci. W tym bagnie. W tej rozgwieżdżonej nocy przepełnionej układami gwiazd i galaktyk.
Musiałbym więc uczynić Liberlandię krainą pustą. Całkowicie pustą. Niewyobrażalnie pustą. Przepięknie pustą. Tak musiałbym w niej wszystko poukładać, żeby była pusta. Całkowicie pusta. Niewyobrażalnie pusta. Przepięknie pusta.[--pagebreak--]
Obywatele
Cały dzień dzisiaj pada.
Inwazja obcego mocarstwa. Mocarstwa chmur. Wypadają się chmury i już nie będzie mocarstwa chmur. Będzie mocarstwo błota. Mocarstwo wilgoci. Potem będzie wielkie parowanie i wielki atak na czyste niebo.
A może to masowy powrót obywateli z wielkiej emigracji, z wielkiego wygnania – ciągłe powracanie spowodowane nieustannym wyganianiem.
To interesujące. Krople deszczu obywatelami Liberlandii. Obywatele Liberlandii jak krople deszczu. Wilgoć obywatelem. Obywatel wilgoć...
Interesujące jako pewna wizja, koncepcja, wyobrażenie, spekulacja. Jako pewna myśl szalona.
Interesujące, lecz zupełnie niemożliwe. Nie dlatego, że krople deszczu nie mogą być obywatelami. Albo wilgoć lub susza. Bo przecież mogłyby. Niemożliwe dlatego, że w Liberlandii nie ma obywateli. Nie ma i nie będzie. Ani normalnych, ani honorowych. To moje państwo, a nie obywateli. Po co mi obywatele? Tylko będą przeszkadzać. Zaraz coś im się zacznie nie podobać, coś będzie przeszkadzać, coś ich będzie uwierać. A to im będzie za gorąco, a to za zimno. Jednym będzie za mokro, a drugim za sucho. Czegoś będą żądać, czegoś się domagać. Już wystarczy, że ja kwękam. Już wystarczy, że ja utyskuję i grymaszę. Gdyby zamiast mnie był cały ogromny chór kwękaczy, to nic by nie było słychać poza kwękaniem, ani świergotu, ani kląskania, ani kumkania. Więc nie było obywateli, nie ma i nie będzie. Tylko z nimi kłopoty. Same kłopoty. Żadnego pożytku. Niech sobie zakładają własne państwa.
A gdyby byli jak trawa?
To by ciągle rośli i rośli. Trzeba by ich ciągle przycinać, nawozić, podlewać i wałować. Wszystko by chcieli zarosnąć. W każdą szczelinkę by się wpychali. Rozsadzaliby korzeniami skały. Nie.
A gdyby byli jak litery w książce?[--pagebreak--]
Naród
Moje państwo nie jest państwem narodowościowym.
Moje państwo jest państwem prywatnym.
Żaden naród go nie stworzył. Żaden naród go nie zamieszkuje.
Nie ma Liberlandczyków. Nie istnieją. Nie będą istnieć.
Po co mi naród? Zaraz by się zaczął wywyższać nad inne narody. Zaraz by zaczął inne narody szkalować i oczerniać. Zaraz by chciał innym narodom narzucić swoje racje, swoją tradycję, kulturę, język, swoje pokrętne wartości przekonany, że są one niepodważalne, jedynie prawdziwe, na wskroś obiektywne. Zaraz by się ogłosił narodem wybranym i oświeconym, wszystkie inne uznając za barbarzyńców godnych najwyższej pogardy. Wystarczy, że ja się wywyższam. Już to jest trudne do zniesienia, a cóż dopiero dziesięć tysięcy wywyższających się. A milion chcących pomścić zniewagi praprakuzynów i jeszcze dalszych prapraprakuzynek... A dziesięć milionów zniewolonych i gotowych zabijać i dać się zabić w obronie kolorowej szmaty na kiju to już całkowite szaleństwo. (Tu mieliby trochę trudniej, bowiem Liberlandia nie ma ani godła, ani hymnu, ani flagi, ani żadnych widocznych, słyszalnych lub wyczuwalnych symboli, które można by bezcześcić. Można by się też zastanowić, czy Liberlandia ma cześć. Czelność ma, ale czy cześć?) ....... Po co mi to. Po co mi tu te narody, te nacjonalizmy, te patriotyzmy. Głowa od tego boli, i brzuch, i plecy też. Umysł zmącony, bielmo na oczach, uszy zatkane. A takie na łące i w koronach drzew piękne wojny do oglądania...
A gdyby to był naród książek?
[--pagebreak--]
Igrzyska
Już za chwilę, za tygodni parę, mają się odbyć wielkie, ogromne igrzyska. Mają one być tak ogromne, że aż będą wielokrotnie większe od Liberlandii. Za każdym razem są one większe i ogromniejsze, więc tym bardziej te następne nie mogłyby się odbyć tutaj. No, chyba żeby zawodnicy byli znacznie mniejsi. Gdyby zawodnicy byli mniejsi, to wtedy nie zachodziłaby konieczność budowania ogromnych stadionów. Prawdę napisawszy, to w ogóle można by nie budować stadionów – można pływać w rzece i biegać na przełaj.... To interesujące: dlaczego w programie tych igrzysk nie ma biegów przełajowych?
Lecz nie tylko brak owej jakże naturalnej i jakże powszechnie uprawianej konkurencji zadziwia. Mógłbym dojść do wniosku, że dobrze byłoby, gdyby Liberlandia wystąpiła na takich igrzyskach. Wszystkie państwa chcą tam wystąpić – a może nie wszystkie? może są takie co nie chcą? - po to, żeby zamanifestować fakt własnego istnienia, jak również po to, żeby pokazać jakie są silne, wspaniałe i potężne, na pewno silniejsze, wspanialsze i potężniejsze od innych.
Rozważając zatem sprawę udziału Liberlandii sięgam do podstawowego dokumentu, który ma określać zasady uczestnictwa, jak również tłumaczyć powody i wskazywać cele. Te wydają się nad wyraz szlachetne: „zwycięża duch fair play, a przemoc jest niedopuszczalna”. Wspaniale. Szlachetna rywalizacja – nikt nie łamie ustalonych zasad, a wszelka przemoc jest wykluczona. A boks? No właśnie – a boks? Wynikałoby z tego, że seria ciosów na korpus zakończona prawym sierpowym, po którym przeciwnik owej szlachetnej rywalizacji pada nieprzytomny nie jest przemocą. Widocznie nie jest..... A strzelanie do sylwetki biegnącego dzika? Tam się przesuwa sylwetka biegnącego dzika, my sobie stoimy tu, całkiem daleko od tej sylwetki i strzelamy. Ćwiczymy celność. Żeby potem szlachetniej zabić. Bo zabijanie przy pomocy karabinu jest szlachetne. Bardzo szlachetne i bardzo fair. I nie jest przemocą. Czego nie można powiedzieć o truciu. Dlatego zapewne nie rywalizuje się szlachetnie w przyrządzaniu trucizn.
Wydziwiam. Przesadzam. Nadinterpretuję. Jak mi te konkurencje nie odpowiadają, to mogę wystartować w innych. Takich jak bieganie. Po prostu sobie biegnę i już. Ani nikogo nie gonię, ani przed nikim nie uciekam, Żadnych podtekstów tego rodzaju. Biegnę i nawet się nie ścigam. No, może tylko odrobinkę się ścigam. Bo chociaż podobno ważny jest udział, to jeszcze ważniejsze jest ściganie się. Aczkolwiek o udziale powinno mówić się głośniej i więcej niż o ściganiu, to jest oczywiście na odwrót. Wszak nieoficjalnie obowiązuje zasada: nieścigającym się wstęp wzbroniony.
Załóżmy więc, że będę udawał że się ścigam, załóżmy nawet że się ścigam. A niech tam. Czy mógłbym wziąć udział w tych igrzyskach? Czytam dalej, że ma to być „współzawodnictwo pomiędzy sportowcami w zawodach indywidualnych i drużynowych, a nie pomiędzy krajami”. Bardzo mi to odpowiada. Takie postawienie sprawy uważam za bardzo słuszne. Lecz jeśli tak ma być, to dlaczego w piłkę grają drużyny reprezentujące kraje, skoro jest wyraźnie napisane, że kraje nie mogą ze sobą współzawodniczyć? Dlaczego grane są hymny krajów, skoro to nie kraje biorą udział w igrzyskach? Powinien być grany hymn igrzysk, wszak takowy istnieje, został skomponowany, tyle że nikt go nie zna, bo grany jest tylko trochę częściej niż nigdy.... Czytam dalej i oto pojawia się następna komplikacja, albowiem okazuje się, że mają to być zawody „sportowców wybranych na tę okoliczność przez swoje Narodowe Komitety ”. Z czego wynikałoby, że nie postawiono znaku równości między narodem i krajem (lecz chyba postawiono taki znak między krajem a państwem) i słusznie, bowiem bywa tak, że w jednym kraju żyje kilka narodów, a jeden naród żyje w kilku krajach nie mając swojego. A może jednak nie? Może znowu żądam i oczekuję zbyt wiele? No ale jeśli to mają być komitety narodowe, nie zaś krajowe, to w takim razie powinny być komitety Maorysów, Kurdów, Siuksów, Apaczów, Ajnów, Tybetańczyków, Lapończyków, Yanoami i setki innych. A ich nie ma. I kraje zrobią wszystko, żeby ich nie było (wrzeszcząc w niebogłosy, że to naruszyłoby ich integralność). A nawet gdyby były, to i tak stałoby to w sprzeczności z zasadą reprezentowania samego siebie.... Dobrze. Niech będzie, że to spekulacje i chore imaginacje. Co jednak zrobić w przypadku, kiedy nie można założyć komitetu narodowego, albowiem jest kraj a nie ma narodu?
Wynika z tego, że nawet gdybym chciał, to wystąpić na tych igrzyskach nie mogę. Trudno. Czy miałbym czego żałować?
Czytam dalej. Oto motto: szybciej, wyżej, mocniej. Dlaczego mocniej? Mocniej uderzyć? Mocniej założyć dźwignię na łokieć? Przecież to przemoc, która ponoć jest niedopuszczalna. Zamiast mocniej mogłoby być dalej. I jeszcze dodatkowo mogłoby być sprytniej, inteligentniej, mądrzej... Nie, nie mogłoby być. To musiałyby być zupełnie inne igrzyska. Można odnieść wrażenie, że spryt, inteligencja i mądrość stoją w sprzeczności z zasadą szlachetnej rywalizacji. Dawno temu, w czasach kiedy nie było jasno określone jak ma wyglądać tyczka, pewien Japończyk wystąpił w konkursie skoku o tyczce z tyczką tak grubą, że z pewnością zasługiwała na miano słupa. Wstawił ten słup w korytko przed zeskokiem, wspiął się na niego i przeskoczył nad poprzeczką, wprawiając sędziów w osłupienie (bo przecież w nic innego nie mógł ich wprawić). Niestety, mimo że nie przekroczył ówczesnych przepisów, jego kreatywność nie spotkała się z uznaniem i został zdyskwalifikowany. Może zatem motto należałoby wzbogacić o słowo zabawniej? Wszak poczucia humoru nigdy dosyć, a jak mawiają śmiech to zdrowie. Mawiają też, że sport to zdrowie, z czego wynikałoby, że śmiech to sport, jak również to, że sport to śmiech. Gdyby jednak jakaś reprezentacja Liberlandii wystąpiła na owych igrzyskach w turnieju piłki nożnej, to zastosowałaby śmiesznie straszną (lub strasznie śmieszną) strategię. Otóż, w piłce nożnej, dopuszczalne jest odbijanie piłki głową. A jeśli można odbijać piłkę głową, to zapewne można też piłkę na głowie nosić. Zatem zawodnik biegłby przez boisko z piłką na głowie. Odebranie piłki nie byłoby łatwe, oj niełatwe byłoby, bo jak ją zaatakować? Tak wysoko unosić nogi nie wolno, zaś atak na zawodnika oznaczałby faul. Dodatkowo zawodnik niosący piłkę na głowie mógłby być otoczony szczelnym murem utworzonym przez kolegów z zespołu, co zwiększyłoby szanse na przedostanie się z piłką pod lub nawet do bramki przeciwnika... Obawiam się jednak, że byłaby to strategia dobra na jeden mecz, bowiem już w następnym przeciwnik zaprezentowałby jakąś strategię obronno-neutralizującą. Niestety, zaskoczyć można tylko raz. Być może z czasem rozwój owych strategii doprowadziłby do wykształcenia się piłki głowowej, nie wiadomo jednak, czy zostałaby ona włączona do programu igrzysk...
Chyba już nie ma sensu brnąć dalej w gąszcz przepisów. Przerywam lekturę i patrzę przez okno na ogród. A tam nieustanne igrzyska! SZYBCIEJ. WYŻEJ. MOCNIEJ. SZERZEJ. GŁĘBIEJ. GĘŚCIEJ... Ani chwili przerwy. Żadnego wytchnienia. Bo wytchnienie równa się dyskwalifikacji.
Po cóż więc miałbym jechać tak daleko, skoro to samo mam za oknem?
Inne zawody zorganizuję.
Wolniej. Niżej. Słabiej.
Wielkie, wspaniałe zawody w niewspółzawodniczeniu.
Na wypadek gdyby jednak duch współzawodniczenia przeważył nad duchem niewspółzawodniczenia, co jest wielce prawdopodobne, otwieram poniższą listę pomysłów, które znacznie mogłyby uatrakcyjnić owo współzawodniczenie (a może nawet przekształcić je we współzwodniczanie?):
- zmienne wymiary i proporcje boiska – oczywiście w kilku wariantach i odmianach: drużyny nie wiedzą na jakim boisku przyjdzie im grać; wymiary i proporcje zmieniają się w trakcie gry (to wyjątkowo interesujący wariant, aczkolwiek chyba bardzo trudny do zrealizowania, na pewno wart podjęcia takiego wysiłku, wystarczy tylko spróbować wyobrazić sobie następującą sytuację: oto zawodnik biegnie do bramki, już ma strzelać, a ta zaczyna uciekać, oddala się, oddala, on nie może jej dogonić, choć bardzo się stara....
- zmienne rozmiary bramek – w aspekcie biernym i aktywnym – jedna drużyna ma mniejszą bramkę, a druga większą, albo jedna ma niższą a druga wyższą ..... albo bramka ciągle zmieniająca swoje rozmiary rozszerzająca się i zwężająca – w przypadku koszykówki mógłby to być kosz podnoszący się i opadający jak również zmieniający swoją średnicę – w przypadku siatkówki siatka nieustannie zmieniałaby swoją wysokość – i tak dalej
- zmienna pozycja bramki (lub kosza lub siatki), czyli raz bramka jest tu, a po chwili już tam – zwracam uwagę na to, że nie tylko drużyna pragnąca wbić piłkę do tej bramki nie wiedziałaby gdzie bramka będzie się znajdować, nie wiedziałby również bramkarz broniący do niej dostępu
- zmienne reguły gry – na przykład w piętnastej minucie sędzia zabrania kopać piłki lewą nogą przez trzy i pół minuty – inny bardzo interesujący wariant: każda drużyna gra według własnych reguł, których nie zna przeciwnik; i tu dwa podwarianty: sędzia zna te reguły i sędzie nie zna tych reguł.....
i tak dalej
jeśli chodzi o gry zespołowe, bo jeśli chodzi o gry niezespołowe, to należałoby otworzyć inną listę, zawierającą głównie propozycje nowych konkurencji (aczkolwiek nowe gry zespołowe też mogłyby się na niej znaleźć, bo i dlaczegóż by nie?):
- przede wszystkim rzut oszczepem do celu - przecież to kompletnie idiotyczne, żeby rzucać byle dalej – a tym celem mogliby być zawodnicy akurat biorący udział w biegu na pięć kilometrów
- oczywiście pchnięcie kulą zostałoby zastąpione rzutem kamieniem – oczywiście dowolnym, takim jaki by zawodnikowi pasował
i tak dalej
Nie chce mi się wymyślać. Chce mi się już spać. Może mi się przyśnią jakieś inne ciekawe konkurencje.....
No i oczywiście jedna bardzo ważna zasada: na każdych igrzyskach byłyby nowe konkurencje, takie jakich nie było na poprzednich. Również termin owych igrzysk byłby nieznany – to znaczy byłby on ogłaszany na tyle późno, by wykluczyć możliwość solidnego i specjalistycznego przygotowania się. A nawet gdyby ktoś taki się trafił, to wcale nie znaczyłoby, że miałby on większe szanse. O nie! W trosce o naprawdę równe szanse każdy zawodnik byłby kwalifikowany (a raczej przydzielany) do jakiejś konkurencji w ostatniej chwili. To gwarantowałoby przy okazji niezwykle wysoki poziom wszechstronności i gotowości do podejmowania wszelkich zadań. O tak. Można jeszcze przypomnieć, choć zapewne jest to zrozumiałe samo przez się, że dozwolone byłyby wszelkie formy dopingu. Wtedy nad zawodami unosiłby się zaiste przeogromny duch fair play, albowiem nikt by nikogo nie oszukiwał.
[--pagebreak--]
Waluta
Liber.
Jeden liber.
Oczywiście, że tak. Czy mogłoby być inaczej?
(Mogłoby. Kiedyś myślałem, że mógłby być jeden radul, ale nie wiedziałem na co miałby się on dzielić. Łatwiej było z jedną hasą, która dzieliłaby się na dziewięćdziesiąt dwie rapasy. Oba te pomysły, jak i kilka innych, których już nie pamiętam, były znacznie głupsze niż libry. Co wcale nie znaczy, że libry są mądre – są tylko mniej głupie .....)
Jeden liber, a potem co: dwa libery czy dwa libry?
Więc może nie liber tylko libr. Jeden libr. Dwa libry. Pięć librów. Cztery tysiące osiemset librów. Pożyczki w librach. Oszczędności w librach. I tak dalej ....... Libr wydaje się lepszy od libera.
Zatem mógłby być libr. I miałby całkiem ładny skrót: LBR.
Na co by się dzielił libr? Na nic by się nie dzielił. Po co miałby się dzielić? Po co mi jakieś monety? Po co jakieś mennice? (Oczywiście, mógłby się dzielić na rozdziały, strony, akapity, zdania i słowa – jakże dokładnie można by wtedy wyceniać i płacić – ale po co niepotrzebnie komplikować rzeczy proste? Tu zastanawiające i wymagające dogłębnej analizy jest słowo „niepotrzebnie”. I gdyby taką wyczerpującą analizę przeprowadzić, mogłoby się okazać, że niepotrzebność jest bardzo potrzebna. Nie będę więc tego analizował. Przynajmniej teraz.) Libr byłby tylko i wyłącznie papierowy. Lecz i to byłby zbytni kłopot. Nawet przy założeniu, że do drukowania librów wcale nie byłby potrzebny specjalny papier, ani tym bardziej zabezpieczenia w postaci świecących farb i platynowych pasków. Każdy rodzaj papieru byłby dobry. Jak również każda farba. Każde pióro, długopis czy ołówek. I każdy wzór ...... I to dopiero byłby kłopot! Jakby tak każdy musiał sam robić sobie banknoty. Zatem libr mógłby być wirtualny. No właśnie. Tylko i wyłącznie wirtualny. Mówię, że płacę sto librów i już. Zapisuję, że dostałem dwieście librów i już. Albo i nie zapisuję. Po co miałbym zapisywać, skoro i tak stan mojego konta zależałby tylko i wyłącznie ode mnie.
To przerażające! Tak być nie może! To niemożliwe! Coś z tym trzeba zrobić! To doprowadzi do katastrofy! To już doprowadziło do katastrofy! - takie i jeszcze straszniejsze okrzyki dochodziłyby z państw zamiedznych i zapłotnych. Przecież to doprowadzi do galopującej inflacji (albo deflacji). Do dewaluacji (albo do inwaluacji – jeśli takowa istnieje, a jeśli nie, to może tu zaistniałaby po raz pierwszy objawiając światu swoje straszne oblicze). Do całkowitego krachu. Do zapaści finansowej. Do utraty płynności. Do niewypłacalności. Do ..... ach, szkoda słów. Jakieś zabezpieczenia potrzebne. Jakaś baza. Jakiś fundament. Jakiś stabilny system. Jakiś parytet.
Krzyczą, łapią się za głowę, mdleją. A tu przecież system stabilny jak woda. Jak wiatr. Jak deszcz. Jak jesienny upał. Nikt nie zyskuje – nikt nie traci. Parytet w książkach, czyli wreszcie w czymś naprawdę wartościowym. Bank – biblioteka. Kredyty w fabułach, esejach, fraszkach lub poematach. I jest świetnie. A jeśli nikt nie zadaje tu tego trudnego i jakże podchwytliwego pytania dlaczego para butów warta jest kopę jaj? to nie z obawy przed brakiem odpowiedzi, lecz z powodu jego bezsensowności tu, w Liberlandii.
Lecz nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby i państwa zamiedzne i zapłotne wprowadziły libry. Wtedy nie byłoby problemów z wymianą, z rosnącymi i spadającymi kursami, ze spekulowaniem, z nieustannym przeliczaniem. Jak je jednak do tego przekonać? Chyba w najsubtelniejszy z możliwych sposobów: napadając.
Zatem napadam!
Już napadłem.[--pagebreak--]
Tradycja
Lubię wstawać rano.
Zawsze wstaję rano. Nie pamiętam, żebym kiedyś wstał w południe, albo nawet po południu. Zdarzało mi się wstawać w nocy – to znaczy tak bardzo wcześnie rano, że była to zdecydowanie bardziej noc niż pora określana mianem choćby przedświtu, bo nic nie wskazywało na to, że już wnet głęboka czerń ulegnie spłyceniu i zacznie powolutku przemieniać się w szarość, bardzo gęstą jeszcze, ale jednak szarość (pora roku nie ma tu znaczenia, choć zapewne śnieżne zaspy lub kobierce gnijących żółtobrunatnych liści zapewne jakoś na intensywność tej czerni by wpływały) – na przykład wtedy, gdy musiałem wyruszyć w jakąś podróż, by dotrzeć gdzieś na określoną godzinę. Zdarzało mi się też, że nie wstawałem rano, bo leżałem chory, ale to nie zdarzało się i nie zdarza często. Oczywiście, kiedyś zdarzy się, że w ogóle nie wstanę, ale to na szczęście zdarzy się tylko raz i już się nie powtórzy.
To nie jest tak, że codziennie wstaję o tej samej godzinie – codziennie wstaję o inne godzinie, chociaż czasami zdarza się, że przez kilka dni z rzędu budzę się dokładnie o tej samej porze, co do minuty, a może nawet i co do sekundy, ale tego nie mogę stwierdzić z całą pewnością, ponieważ leżący obok łóżka zegarek nie pokazuje sekund. Widocznie coś się w moim wewnętrznym zegarze biologicznym zacina i klinuje, a po kilku dniach znowu ulega naturalnemu rozchybotaniu.
Lubię wstawać rano dlatego, że wtedy umysł mam czysty i spokojny, chociaż zdarza się przecież, że tuż przed obudzeniem kłębią się w nim nieprawdopodobne senne historie, lecz to może one właśnie są fusami, mętnym osadem, odchodami świadomości, a otwarcie powiek jest dla nich tym czym uruchomienie spłuczki dopełniające aktu porannego odkupienia... Siadam przy stole (przy niebieskim lub przy białym albo przy tym niemalowanym, starym, okrutnie ciężkim, chyba jesionowym) i wtedy zlatują się słowa. Całe ich chmary. Zewsząd. Kierowane i poganiane jakimś tajemniczym zmysłem pozwalającym im wykryć pustą głowę, którą niezwłocznie trzeba zapełnić, bo może uda się dzięki niej zamienić w ulotną falę dźwiękową lub przybrać znacznie trwalszą formę dziwacznych zawijasów. Lecz to też nie jest regułą – zdarza się przecież, że nie piszę, a wolę czytać; rano teksty są jakieś niebywale przejrzyste i przezroczyste, nie zasłaniają, ale odsłaniają, stają się lunetą i mikroskopem.
Nie sądzę, aby wpływ na to miała zielona herbata. Bywa, że jej nie piję, a słów mnóstwo. Bywa, że ją piję, a słów wcale nie takie mnóstwo. Różnie bywa. A herbatę piję ciągle w tym samym kubku. To chyba bardziej kubek niż filiżanka albo czarka, ponieważ ma kształt walca. Jest jednak mniejszy niż zwykły kubek i nie ma ucha, więc nie wiem czy zasługuje na miano kubka. Prawdopodobnie nie zasługuje na żadne miano, albo jakieś miano musiałbym mu nadać, nazwę bardziej trafną. Albo imię. Lubię bardzo te naczynia, ponieważ są dosyć grube, więc nie nagrzewają się tak szybko jak czarki (a może także dzięki innemu kształtowi). Użyłem liczby mnogiej, bo to już trzeci (niech będzie kubek). Chyba trzeci. Dostałem ich kilka (chyba pięć) od znajomego ceramika mieszkającego po drugiej stronie gór. Ten pierwszy był chyba najładniejszy – miał takie ostre, żółte maźnięcie. Tylko ten – inne są (były) bardziej stonowane, chociaż wszystkie pomalowane tak samo, mocnymi, prostymi pociągnięciami dosyć szerokiego pędzla. Ciekawe, co będzie, kiedy ten ostatni, chyba piąty, wyślizgnie się z czyjejś drżącej dłoni. Zapewne nie przestanę pić zielonej herbaty, bo ją lubię. Może się jednak zdarzyć, że z jakiegoś powodu przestanę pić zieloną herbatę: przestanie mi smakować, albo zacznie szkodzić, albo nigdzie nie będzie można jej dostać, albo nagle zapałam miłością do kawy, co jest raczej mało prawdopodobne, bowiem kawa wpływa na mój organizm wielce dezintegrująco, trzęsę się i grzechoczę jakby wszystkie śrubki i zawiasy nagle się obluzowały. I co się wtedy stanie? Zapewne nic szczególnego, nic co stanowiłoby punkt zwrotny w dziejach świata, albo nawet w dziejach mojego państwa, a tym bardziej w dziejach państw zamiedznych i zapłotnych. Może co najwyżej napiszę książkę, albo tylko krótki esej, o nie piciu zielonej herbaty tuż po porannym przebudzeniu, tudzież o przyrządzaniu naparu z suszonych jabłczanych skórek...
Wstaję wcześnie, bo lubię. Lubię wstawać wcześnie, ponieważ kiedy wstaję późno, boli mnie głowa. Po prostu, kiedy śpię za długo czuję się znacznie gorzej, niż kiedy śpię za krótko. Wiem, że są ludzie, którzy mogą spać dowolnie długo, ale ja do nich nie należę. Wydaje się, że do nich mógł należeć mój ojciec. Jeśli co do tego mam pewne wątpliwości, to bez żadnych wątpliwości mogę stwierdzić, że należał on do miłośników kawy i po jej wypiciu czuł się zawsze znacznie lepiej, niż przed jej wypiciem. Natomiast nie wiem, czy pijał kawę jeszcze przed śniadaniem, tak jak ja zieloną herbatę. Wiem natomiast, że zielonej herbaty nie pijał w ogóle. A jeśli chodzi o dziadków, moja wiedza w tym zakresie jest jeszcze bardziej ograniczona, nie wspominając już o pradziadkach (jeden z moich dziadków lubił popijać w nocy zimny rosół – stawiał wieczorem na parapecie okna przy łóżku garnuszek z rosołem – po północy na powierzchni tworzył się gruby kożuch skrzepniętego tłuszczu (fuj! ohyda!) – dziadek budził się w nocy i wypijał łyk lub dwa – a może wcale nie budził się – może robił to przez sen). Wynika z tego, że moje poranne postępowanie ma niewiele, albo zgoła nic, wspólnego z porannymi procedurami ustalonymi (a raczej zapożyczonymi lub narzuconymi im) i przestrzeganymi mniej lub bardziej świadomie przez moich przodków. Na pytanie dlaczego tak postępuję, nie mogę więc udzielić sztampowej i pozornie wszystko wyjaśniającej, a przede wszystkim uwalniającej od uciążliwości zastanawiania się, odpowiedzi „albowiem tak postępowali moi przodkowie”. Mam też nadzieję, że moi potomkowie nie będą niczego bezmyślnie po mnie małpować, poczytując to sobie za zaszczytny obowiązek i uważając za jedyny możliwy sposób życia...
Co ciekawe, moje obecne procedury poranne różnią się od tych sprzed dwudziestu, trzydziestu czy czterdziestu lat, aczkolwiek pamiętam, że zawsze lubiłem budzić się pierwszy i podawać złudzeniu, że cały świat dookoła mnie śpi, że wszyscy pogrążeni są w bezruchu, a tylko ja mogę się ruszać, muszę to jednak robić niebywale ostrożnie i delikatnie, inaczej czar pryśnie. Oczywiście czar pryska bardzo szybko, ale to w niczym nie przeszkadza, ani niczego nie psuje. Wręcz cały ten urok polega na pryskaniu czaru.
No więc lubię rano wstawać i już. Nawet teraz, kiedy coraz ciemniej. Chociaż dni skracają się z astronomiczną precyzją, jesień jest chaotyczna i rozchełstana jak zwykle. Jak zima, wiosna i lato, które co roku przychodzą o innej, choć z grubsza tej samej, porze. Spóźniają się lub spieszą. Trwają krócej lub dłużej. I nic się z tego powodu nie dzieje. I nic by się nie stało nawet wtedy, gdyby pewnego razu zima zapomniała przyjść albo w ogóle przestała przychodzić.
[--pagebreak--]
Piekło
Nie pamiętam, kiedy miała miejsce ta wizyta. Nawet pory roku nie mógłbym określić. Raczej nie było to lato – świadczyłby o tym dość gruby i ciepły strój, za gruby i za ciepły jak na letnie upały, nie można jednak wykluczyć, że był to wyjątkowo chłodny dzień. Wolałbym, żeby to była wiosna, nawet gdyby to miał być dzień ponury, ciemny, bezlistny i odwilżowy – w perspektywie jest jednak ocieplenie i rozjaśnienie. O ile strój nie dostarczał stosownych informacji odnośnie pory roku i pogody (wszak gumofilce wskazywałyby na obecność błota, a to robi się tu ochoczo o każdej porze roku ze względu na gliniastą, ciężką glebę; nie mam jednak pewności, że były to gumofilce, bez wątpienia nie były to sandały, ani półbuty o manierycznych liniach udających elegancję i wyrafinowanie, ani choćby popularne niegdyś „traktory”) to jasno wskazywał na roboczy charakter tej międzypaństwowej wizyty. Nie poprzedzały jej też żadne skomplikowane dyplomatyczne uzgodnienia – poprzedzały za to inne niezapowiedziane wizyty. Zdecydowana większość tych poprzednich wizyt miała miejsce w porach późnowieczornych, a nawet wręcz nocnych, więc ta trochę mnie zaskoczyła, gdyż pamiętam, że było jasno, choć nie pamiętam czy świeciło słońce. Gość przybywał z państwa zapłotnego. Nie była to wizyta na najwyższym szczeblu, raczej na najniższym – gość był bowiem najmłodszym synem przywódcy (i właściciela) owego państwa – co wcale nie ujmowało jej powagi, zresztą jak wiadomo szczeble rzecz umowna, więc nie ma co się nimi przejmować. To na pewno była niesłychanie ważna wizyta, o czym świadczyło jakieś szczególne, wcześniej nie widziane, napięcie na jego twarzy, jakieś nadmierne zakłopotanie wyrażające się wielką ociężałością i niezdarnością ruchów. Jakby to ciało dopiero co zostało ulepione i poszczególne jego części niezbyt do siebie pasowały, poruszały się niezależnie od siebie, niezbornie, przeszkadzając sobie. Ta niezborność nie wynikała ani z alkoholowego upojenia, ani z choroby. To z czym przybył zbyt wielki miało ciężar – z takim ciężarem jego ciało nawet odrobinę upojone nie poradziłoby sobie, choć podczas innych wizyt twierdził, że aby tu przyjść, musi ciału dodawać odwagi. Zaś choroba nie drążyła ciała, lecz umysł (zupełnie jakby ten był oddzielony od tamtego – może na tym właśnie owa choroba polegała) – czasami ten umysł mąciła, czasami rozjaśniała ponad wszelką miarę i sprawiała, że postrzegał rzeczy pieczołowicie i skrzętnie skrywane...
Wszedł i od razu usiadł, chociaż napisać, że zwalił się na krzesło byłoby niewątpliwie przesadą. Usiadł ciężko i siedział ciężko, w milczeniu i niepewności. Ani on, ani ja nie wiedzieliśmy, czy jego umysł znajdował się w stanie zmącenia czy oświecenia. Aż wreszcie, bez żadnych uprzednich wyjaśnień, bez słów i zdań wprowadzających, nawet bez stęknięć i pomruków, zadał pytanie, które tu przydźwigał:
- Pan, sąsiedzie, jest ateusz?
- Tak.
- No i nie boi się pan, że po śmierci pójdzie pan do piekła?
- Ależ, sąsiedzie drogi, przecież piekła nie ma, czegóż tu się bać?
- Jak to: nie ma?
- Skoro nie ma Boga, to nie ma i piekła, przecież to jasne, proste i logiczne.
W zasadzie trywialne pytania. I równie trywialne odpowiedzi. Powinno paść następne, też trywialne. Ale nie padło. A gdyby padło, to winno brzmieć „To co jest?” Pobrzmiewałaby w nim domniemana odpowiedź, co czyniłoby je w dużej mierze pytaniem retorycznym, lub co najmniej sugestia odpowiedzi, za którą kryłaby się owa prastara ponoć mądrość ludu wyrażona porzekadłem „hulaj dusza piekła nie ma”; wątpliwa to jednak mądrość, raczej głupota, skoro lud przekonany o istnieniu piekła hula w najlepsze. Lud zapłotny. Bo lud Liberlandii, czyli ja, nie hula. Przynajmniej w potocznym tego słowa rozumieniu. Hula za to po klawiaturze, jak wiatr po ogrodzie, też przysłowiowy... Zatem rzekłbym: „Odpowiedzialność”. Ta cholerna odpowiedzialność za wszystko co zrobiłem, robię i zrobię, za najdrobniejszy gest i najniewinniejsze słowo, niemożność odwrócenia tego co się zdarzyło najhojniejszym zadośćuczynieniem i najłaskawszym przebaczeniem. Odpowiedzialność, której nic i nikt ze mnie nie zdejmie. No proszę, w tej wydawałoby się tak liberalno-libertyńskiej Liberlandii takie totalne zniewolenie! To dopiero prawdziwe piekło.
Nie odpowiedziałem jednak, bo nie padło takie pytanie. Czyżby gość w nagłym rozbłysku przenikliwego jasnowidzenia dostrzegł moją piekielną odpowiedź, a potem zapadły w jego umyśle jeszcze większe ciemności?
[--pagebreak--]
Niebo
Nie wiem, kiedy mogłaby mieć miejsce ta wizyta. Chyba o każdej porze roku, chociaż zapewne wolałbym wiosnę, ale taką w pełnym rozkwicie, w oszałamiającej, jaskrawej zieleni, a nie taką dopiero co wyłaniającą się z okowów zimy, z brudnych resztek śniegu i rozmarzającej ziemi. Ale mogłoby to być także lato. Nawet gorąca, letnia noc. Taka, kiedy podobno nie sposób zasnąć (piszę podobno, bowiem należę do tych szczęśliwych ludzi, którym jeszcze nie zdarzyło się nie zasnąć), kiedy dymią mrowiska, a wokół żarówek wirują chmary oszalałych z nadmiaru żądz owadów. Wbrew pozorom, to byłaby całkiem dobra pora na złożenie międzypaństwowej wizyty. Ktoś mógłby pomyśleć, że to sen, senna zmora, senne widziadło – taka nieokreślona postać wyłaniająca się cicho z ciemności, bezgłośnie i nie do końca, pozostająca w półmroku, ubrana w półcień. Tak, bez wątpienia strój nie byłby wtedy istotny, strój by się rozmazywał i zacierał, nikt by na niego nie zwracał uwagi oszołomiony duchotą, szmerami i kląskaniami, zaniepokojony bzyczeniem, rozdrażniony brzęczeniem. Tym bardziej, że z pewnością byłaby to wizyta nieoficjalna, lecz także nierobocza. Więc jaka? Bez wątpienia nagła, ale spodziewana, łatwa do przewidzenia jeśli chodzi o to, że kiedyś nastąpi, lecz niełatwa do wskazania konkretnego momentu. Wizyta nagłej potrzeby i wyższej konieczności. Może nawet wizyta ratunkowa, mająca na celu uspokojenie skołatanego umysłu, wizyta terapeutyczna przewyższająca efektywnością liczenie baranów. Gość z państwa zapłotnego mógłby przybyć nawet boso, jeśli nie bałby się, że po drodze nadepnie na coś ostrego lub spotka istotę jadowitą lub trującą, co uniemożliwi mu odbycie owej jakże ważnej dla niego wizyty. Szczebel czy ranga wizyty też nie byłaby bardzo istotne – szczeble w ciemnościach raczej trzeba wymacywać, a rangi mogą okazać się równie złudne jak potwory i duchy okazują się ledwie cieniami, przez które bez trudu da się przeniknąć. Zważywszy powyższe okoliczności można by określić tę wizytę mianem tajemniczej lub nawet tajnej, lecz byłoby to niepotrzebnym nadużyciem, które dałoby się wytłumaczyć chyba jedynie sennym, czy półsennym, fantazjowaniem; gość mógłby przybyć okryty ciemnym, nawet czarnym płaszczem narzuconym na głowę, ale tylko wtedy, gdyby padało rzęsiście, wtedy jednak zapewne nie wyszedłby z domy, bowiem pytanie z którym przybywał nie byłoby chyba aż tak ważne i godne natychmiastowej odpowiedzi i ryzyka całkowitego przemoczenia, a w konsekwencji jakiegoś wrednego przeziębienia lub jeszcze wredniejszego zapalenia płuc. To zasadnicze pytanie byłoby poprzedzone pytaniem wstępnym, zadanym na stojąco (wszak gość nie siadłby, bo nie miałby na czym, a nie miałby na czym bo wolałby pozostać w mroku, być niczym konar starej jabłoni, która nagle rozkwitła mową raz na sto lat – a stałby lekko, prawie unosząc się w ciepłym powietrzu). To pytanie miałoby jedynie potwierdzić to, co i tak było mu wiadome, choć zawsze przecież coś nieoczekiwanego mogło wydarzyć się w ostatniej chwili, a wówczas pytanie następne, to zasadnicze, nie miałoby już żadnego sensu.
- Pan, sąsiedzie, jest ateusz?
- Tak – odpowiedziałbym, choć nie musiałbym, bo milczenie potwierdziłoby słuszne domniemanie braku zmian.
- No i nie szkoda panu, że po śmierci nie pójdzie pan do nieba?
Czy mnie słuch nie myli? Ateuszy odsyła się przecież do piekła. Bez wahania. Bez zbędnych ceregieli. Bez zwłoki. Czyżby kryło się w tym domniemanie mojej dobroci? Lecz któż by domniemywał: on czy raczej ja?
- Ależ, sąsiedzie drogi, przecież nieba nie ma, czegóż tu zatem żałować?
- Jak to: nie ma?
- Skoro nie ma boga, to nie ma i nieba, przecież to jasne, proste i logiczne.
W zasadzie trywialne pytania. I równie trywialne odpowiedzi. Powinno zatem paść następne, też trywialne. Brzmiałoby ono: „To co jest?” Czy pobrzmiewałaby w nim domniemana odpowiedź, co czyniłoby je w dużej mierze pytaniem retorycznym? Raczej nie. Ani też nie zawierałaby się w nim sugestia odpowiedzi, za którą kryłaby się jakaś prastara ponoć mądrość ludu wyrażona znanym porzekadłem. Co miałaby robić dusza, gdyby nie było nieba? Lud milczy. Lud jakoś nie zabiera głosu w tej jakże subtelnej sprawie. Czyżby ludowi brakowało mądrości? Czyżby języka w gębie zapomniał? Lud zapłotny. A lud Liberlandii, czyli ja? Odpowiedziałbym: „Sen. Sen nocy wiosennej”.
[--pagebreak--]
Klimat
Bynajmniej nie umiarkowany.
A nawet jeśli umiarkowany, to umiarkowanie gorący.
Ale też nie ekstremalny.
A nawet jeśli ekstremalny, to ekstremalnie umiarkowany.
Przede wszystkim niezmienny. Stabilny i przewidywalny. Bez powyższych zawiłości.
Czyli niemożliwy.
Więc tylko odrobinę zmienny. Żeby był możliwy. Ot, leciutkie fluktuacje. Takie fluktuacyjki. Nie ogromne, groźne fale na oceanie gotowe zatopić największe statki, lecz ledwie zmarszczki na jeziorze, takie co czynią ciekawszym widok odbitych chmur, drzew i gór.
Bardzo, bardzo spłaszczona amplituda zmian. Niby coś się zmienia, ale jest tak, jakby nic się nie zmieniało.
No, może ciut większa. Żeby zmiana nie była niedostrzegalna, lecz ledwie dostrzegalna.
Nie chciałbym jednak, żeby był tylko dzień. Co to to nie. Albo tylko noc. Niech sobie będzie jedno i drugie. Oczywiście, niekoniecznie musiałby wydłużać się i skracać tak regularnie, tak po minutce. Dziś mógłby trwać siedem godzin, a jutro na przykład dziesięć, a czasami mogłoby go nie być wcale. Tak zapewne byłoby ciekawiej, może nawet najciekawiej. Ale całkiem niepraktycznie. Mniej ciekawie, ale za to bardzo praktycznie byłoby wtedy, gdybym mógł sam o tym decydować. Mówię, obojętnie cicho czy głośno: dziś mam dużo roboty, więc nie będzie nocy. I nie ma nocy, dopóki ja nie skończę tej pilnej roboty... Co za bzdury.
Ale chciałbym, że było tylko lato. A jeśli już musiałby padać śnieg, to niechby padał w lecie i tylko wysoko w górach (na szczęście wysokich gór tu nie ma). W ostateczności mógłby padać na łąki, pole i lasy, ale nie na drogi, ścieżki i chodniki – mógłby je omijać - - - - - nie, to bez sensu - - - śnieg jest kompletnie i całkowicie bez sensu.
A deszcz? Deszcz tylko w nocy. Ile można by wtedy zaoszczędzić na parasolach. Raczej na paraplujach – przecież parasole, jak sama nazwa wskazuje, są od słońca. Język niekiedy gorszy jest w swojej nieprzewidywalności od pogody... Oczywiście nie każdej nocy. Rozgwieżdżone niebo bywa niczego sobie. Szczególnie w ogrodzie. A jeszcze szczególniej tam, na łące. A w lesie to już chyba można by dostać zawrotu głowy, gdyby gałęzie nie przeszkadzały.
Zachmurzenie mogłoby być. Chmury urządzają piękne widowiska.
A burze? Burze urządzają jeszcze piękniejsze widowiska niż chmury. No więc niech sobie urządzają, ale w odległości wystarczająco dużej, by to piękno móc podziwiać. Siedzę sobie na tarasie, a tam za wzgórzami dramat, wojny światów, zderzające się galaktyki. Oglądam, zachwycam się, kontempluję, nic mi na głowę nie kapie, ani nie leje się za kołnierz, lekki wiatr przegania duchotę...
No właśnie – wiatr by się przydał. Nie taki, żeby od razu łamać drzewa i próbować zerwać dach, ale żeby nieustannie wprawiać w ruch turbinkę. Własny prąd to całkiem przyjemna perspektywa. Ta turbina nie musiałaby być duża. Przecież nie musiałbym się ani chłodzić, ani ogrzewać. A gdybym nauczył się gasić i zapalać słońce, to nie musiałbym też używać lamp i żarówek. Zatem ta turbinka pracowałaby tylko na potrzeby drukarek, odkurzacza i kilku innych urządzeń.
To wcale nie jest tak, że aby docenić lato konieczna jest zima. Że lato jest latem dopiero wtedy, kiedy przed nim i po nim panuje zima. Żeby cieszyć się z bycia człowiekiem, wcale nie trzeba co pewien czas, w miarę regularnie, zamieniać się w traszkę, tukana albo rozwielitkę. Chociaż może nie byłoby to takie głupie.
Można by dojść do wniosku (i do takiego dochodzi wielu za płotem i za miedzą), że pokoju nie da się docenić bez wojny i dlatego wojny są potrzebne i korzystne, zresztą nie tylko z tego powodu – oczywiście, nie wystarczy jedna wojna, bo szybko się o niej zapomni i nowe pokolenia w ogóle nie będą jej znały, więc nie będą wiedziały co to pokój i nie będą umiały się z niego cieszyć. Tak jak nie doceni zdrowia ten, kto nie chorował; zapewne jest to stwierdzenie w jakimś stopniu słuszne, ale czy od razu musi to być stwardnienie rozsiane albo złośliwa białaczka? W zupełności wystarczy zwykła grypa bez powikłań i bez powtórzeń. Z czego można by wysnuć jakże pochopny wniosek, że wystarczyłaby mała, nawet malutka wojenka...
Jak widać same korzyści z takiego stałego klimatu. Zupełnie nieuzasadnione są obawy, że może to doprowadzić do marazmu, przygnębienia, depresji, całkowitego rozleniwienia, wręcz zidiocenia, a nawet do zmałpienia. Jakimś dziwnym trafem uczłowieczenie nastąpiło tam, gdzie nie trzeba przez pół roku palić w piecu.
Ze stałej pogody ducha też same korzyści, chociaż tę jakże trudno zachować patrząc na to, co się dzieje dookoła. Szlag trafia kiedy te durne przymrozki, jak jakieś watahy dzikich najeźdźców, niszczą bezmyślnie pięknie kwitnące sady. Cierpienie wcale nie uszlachetnia, lecz wyniszcza, szlachtuje świadomość, aż ta staje się wąska i ciasna i niewiele się w niej mieści poza otępieniem, lub zwykłą tępotą i chęcią odwetu. Cieszmy się i śmiejmy i nie zamartwiajmy losem producentów chusteczek. Wszak z radości też się można popłakać.
[--pagebreak--]
Administracja
Jak nad tym zapanować? Jak to ogarnąć?
Ten chaos. Ten żywioł. Ten gąszcz.
Mówią i piszą: dziel.
Zatem dzielę.
Najpierw na tomy.
Tom pierwszy: Łąka.
Tom drugi: Ogród.
Tom trzeci: Zabudowania.
Tom czwarty: Droga.
Droga? Jaka droga? Przecież nie ta oddzielona rowem i pokryta szarym asfaltem. Jeśli już, to raczej ta prowadząca na pola i łąki, ta niknąca w trawie.... Ale przed zniknięciem w trawie rozwidlająca się. Bifurkująca. Rozgałęziająca się. Rozkonarzająca. Ten drugi jej ząb, ta druga jej gałąź, ten drugi jej konar prowadzi do garażu. Zatem tom czwarty mógłby się dzielić na dwie części: Dojazd na łąkę oraz Dojazd do garażu. A przecież jeszcze są ścieżki. Czyli część trzecia czwartego tomu: Ścieżki.
To byłby prosty podział poziomy. A równie prosty podział pionowy? Dwutomowy? Niebo i Ziemia. I tyle? Chyba nie tyle. Chyba jeszcze potrzebny byłby tom trzeci: To co między niebem a ziemią.
A podział ukośny? Czy nie lepszy? Wszak zawierałby w sobie ten poziomy i ten pionowy? Zaiste, mogłaby to być rewolucja w administracji. Trzeba to rozważyć. Zostawić na potem.
Dzielę zatem dalej. Tomy na części. Na przykład tom trzeci. Część pierwsza: Dom. Część druga: Szopa. Część trzecia: Studnia. To łatwe. A tom drugi? Już tak łatwo nie będzie. Bo i jak? Gatunkowo? Jabłonie. Dęby. Jesiony. Brzozy. Leszczyny. Śliwki. Orzechy. Kasztanowiec. Róże. Och, te różne bujne, czepne, szalone. Winorośla... Och, nie. Winorośla powinny być przecież rozdziałami Domu... Klony. Czarne bzy. Lipy... A dlaczego tylko drzewa? Że duże? Że wyraźne?... Więc może nie gatunkowo, lecz terytorialnie. Przy łące. Za szopą. Dookoła grządki. Wzdłuż miedzy... A może jeszcze inaczej? Trzeba to rozważyć. Trzeba się zastanowić. Żeby się nie poplątało. Więc może rozdziały należałoby podzielić na podrozdziały. I jeszcze dodatkowo wprowadzić punkty i paragrafy. Oraz podpunkty i podparagrafy. A przecież jeszcze będą akapity, które rozpadną się na zdania, a te z kolei na słowa, które przecież można będzie podzielić na sylaby, te zaś na litery. Zatem dobrze byłoby stworzyć departament rzeczowników. Jak również czasowników i przysłówków. Nie mówiąc o przymiotnikach. Przydałby się także referat do spraw metafor i metonimii. Oraz komisja nadzoru budowy zdań... Także specjalna strefa leksykonomiczna... I jak nad tym zapanować? Jak to ogarnąć? Ten chaos. Ten żywioł. Ten gąszcz.
Ludy zapłotne mówią, że klin należy wybijać klinem. Mogłoby to znaczyć, że chaos należy zwalczać chaosem. Bo czymże by innym, skoro porządek okazuje się jedynie skrajną formą chaosu, podczas gdy chaos jest pewną formą porządku...
Może lepiej zamiast wielotomowej powieści napisać siedemnastosylabowe haiku? Lecz czy naprawdę lepiej? Wszak ogromna powieść jest wtedy dobra, gdy potrafi się skulić, skurczyć i zmieścić w malutkim haiku. Zaś malutkie haiku jest wtedy dobre, gdy mieści w sobie ogromną powieść.
A jak jest w przypadku pięciolinijkowego limeryku? Nie inaczej. Choć może niekoniecznie w przypadku takiego jak ten oto:
W niewielkiej wiosce na końcu świata
powstało raz państwo w środku lata.
Nie miało rządu, ni armii, ni króla, ni ludu,
nie miało proroków, bo wszyscy umarli w nim z nudów,
choć biblioteka tu była nadzwyczaj bogata.
[--pagebreak--]
Edukacja
Ucz się, ucz, a garb ci sam wyrośnie.
Tak mówią w kraju zapłotnym.
Nie ucz się, nie ucz, a garb ci nie wyrośnie, będziesz prosty, zgrabny i piękny.
Tak nie mówią w kraju zapłotnym. Ale tak myślą. Ciągle. Od lat. Od pokoleń... A może nawet już i nie myślą; cóż im po myśleniu – z myślenia biorą się tylko same kłopoty. To mają zakodowane, wpojone, wyssane z mlekiem matek, są o tym dogłębnie przekonani, do samego dna: tak jest i już, bo tak ma być i już.
A ja się uczę i uczę i garb mi nie wyrósł. Ciągle jestem prosty, zgrabny i piękny. Już się tak uczę pięćdziesiąt cztery lata. Oczywiście, jeśli będę się tak uczył jeszcze dwadzieścia lub trzydzieści lat, to może mi garb wyrośnie, przestanę być zgrabny, pomarszczę się i zbrzydnę. Ale tak się stanie niezależnie od tego, czy będę się uczył czy nie.
No więc uczę się dalej. Ciągle dolewam oleju do głowy. Sprawdzam jej szczelność. Czy go nie ubyło i czy się nie zużył. Jeśli wycieka, to próbuję wyciek zlikwidować. Nie przepełni się głowa. Głowa jest beczką bez dna... A poza tym, to lubię się uczyć. Lubię wiedzieć. Lubię myśleć. Tak mam i już.
Kilka lat temu bardzo popularna była piosenka dla dzieci i ich rodziców, w której przekonywano, że nie jest ważny olej do głowy, lecz ten święty, nie rzepakowy. Ta piosenka była jawną pochwałą głupoty, ale jakoś nikt na to nie zwrócił uwagi. Prawie wszyscy się zachwycali: jaka piękna i mądra piosenka! Nikt nie protestował, bo za piosenką stało potężne lobby, bynajmniej nie hodowców słoneczników (bo jeśli nie rzepakowy, to może słonecznikowy – święty czy nie święty z czegoś ten olej musi być zrobiony), lecz ogólnospołeczne lobby hodowców głupoty. Wbrew powszechnej (za płotem) opinii, głupcy sami się nie rodzą, a nawet jeśli, to nie w takich ilościach, trzeba ich zatem hodować.
Wbrew, tym razem nie powszechnej, lecz jednostkowej i mocno bulwersującej opinii wyrażonej dosyć wyraźnymi literami napisanymi na murze kilkanaście lat temu, myślenie boli. Oj, boli, bardzo boli. Zauważono to już ze dwa tysiące lat temu, lecz owo spostrzeżenie zawarto wówczas w nieco innym, trochę dłuższym niż myślenie nie boli sformułowaniu: „Im więcej wiemy, tym więcej cierpimy.” W tym przypadku mamy do czynienia z ukrytą pochwałą niewiedzy (chociaż niewiedza niekoniecznie musi być głupotą, to z pewnością niewiedzy do głupoty po drodze). Można bowiem wysnuć z tego stwierdzenia całkiem poprawny wniosek, że im mniej wiemy, tym mniej cierpimy, a jeśli nic nie wiemy, to nie cierpimy wcale. Czyli całkowita niewiedza wprowadza nas w fantastyczny i absolutny błogostan. Oczywiście, kiedy dowiadujemy się, że Iksiński jest wyjątkową świnią i zdrajcą, choć przez lata wydawał się tak porządnym człowiekiem i stawiano go wszystkim za wzór, albo że w szkatule właśnie ukazało się dno i nic nie wskazuje na to, aby ta szkatuła ponownie się zapełniła, lub że zaatakował nas paskudny i wielce zjadliwy wirus, to taka wiedza może okazać się bardzo bolesna. Znacznie trudniej jednak zrozumieć dlaczego mielibyśmy cierpieć z powodu poznania struktury DNA, mechaniki kwantowej czy lingwistyki kognitywnej, albo tajemnic życia termitów lub surykatek. Księżyc stał się dla mnie znacznie piękniejszy odkąd wiem, że nie mieszka na nim niejaki Twardowski, wyjątkowy cham i ordynus.
[To interesujące, że owa pochwała niewiedzy znajduje się w księdze niezwykle poważanej w krajach zapłotnych i uważanej za księgę mądrości. Wielu jest takich, którzy uważają ją za księgę absolutnej i nieskończonej mądrości, zawierającą pełnię wiedzy, wobec czego istnienie innych ksiąg, książek i książeczek jest nieistotne, a wręcz niepotrzebne i szkodliwe. Tak, to bardzo ciekawe, że bycie głupim jest tak wysoko cenione.]
Doprawdy, wspaniale jest wiedzieć. Jak jednak tę wiedzę zdobyć? Najchętniej wypijając jakiś magiczny wywar lub zjadając zaklęty owoc. Oczywiście musi być smaczny i słodki, nie jakiś kwas wykrzywiający gębę. Niestety, w ogrodach i lasach Liberlandii, na jej polach i łąkach takie rośliny nie rosną. Może gdzieś indziej tak, ale tu nie, więc nie ma co ich tutaj szukać. Jak również mędrca, który odsłoniłby przed nami wszystkie tajemnice świata w krótkim, wręcz teledyskowym, a więc nie nużącym, wykładzie – taki tu nie mieszka, nie wybudował sobie chatki gdzieś pod starą, skrzaczałą jabłonią.
Tak, to bardzo przykra wiadomość: żeby się czegoś dowiedzieć, trzeba się uczyć. Nikt nas niczego nie nauczy. Zwykli nauczyciele i mistrzowie mogą nam coś wskazać, lecz nie nauczą się za nas słówek, nie wyćwiczą gam i pasaży, nie rozwiążą zadań. Wszystkiego musimy uczyć się sami. Stale. Ciągle. Bez przerwy. Mozolnie.
Tak. To okropne. Wiem, ale nic na to nie mogę poradzić. Tak po prostu jest i już.
Wszystkich, którzy chcieliby emigrować do Liberlandii i prosić o azyl ze względu na prześladowania edukacyjne ostrzegam: w Liberlandii obowiązuje nakaz uczenia się przez całe życie. Jak również nakaz wolnego, swobodnego, twórczego myślenia. To straszne, wiem. Na pocieszenie dodam, że do szkoły chodzić nie trzeba. Szkoły tu nie ma ..... ale była – kiedyś – na samym początku – nie – przed początkiem – ten dom był szkołą – był zbudowany przez nauczyciela i miał być szkołą i był szkołą – te dwa pokoje od północy to były klasy a te dwa pokoje od południa to było mieszkanie nauczyciela – ale nie tego który tę szkołę wybudował – nie – jego szwagra który też był nauczycielem – a tu gdzie teraz jest łazienka było wejście do szkoły – przecież na strychu znalazłem starą mapę – taką dużą szkolną którą rozwijano przed lekcją geografii na ścianie albo na stojaku by męczyć przy niej ucznia każąc mu pokazywać rzeki o dziwnych nazwach górskie pasma lub miasta nieznane i niewyobrażalne – a teraz na strychu jest wydawnictwo – które na szczęście nie wydaje podręczników szkolnych – bo gdyby takie podręczniki wydawało to by to znaczyło że to miejsce nosi na sobie jakąś edukacyjną klątwę lub klątwę edukacyjną - - - - obyś się uczył po wsze czasy do końca dni swoich i nie swoich i nigdy nie nauczył ..... Klasówek, stopni i wywiadówek też nie ma. Na zmartwienie dorzucę, że wakacji też nie ma. Ani żadnych wolnych dni. Zaś kopanie piłki cieszy się takim samym, lub nawet nieco mniejszym, szacunkiem jak kopanie rowów.
Tak tu jest i już.
Czego się uczyć?
Wszystkiego. Nie trzeba sporządzać żadnej listy. Wszystkiego i już. Chociaż wiadomo, że to niemożliwe i z konieczności coś trzeba będzie wybrać, coś odrzucić, na coś zabraknie czasu, czegoś nie zdołam nawet dotknąć.
Po co?
Żebym mógł wytłumaczyć jesionowi, żeby się stąd wyniósł, żeby tu nie wyrastał, tu tuż przed oknem, tuż przy ścianie. Bo jeśli się nie wyniesie, to go wytnę siekierą. A nie chciałbym....
Oczywiście po to, żeby dowiedzieć się dlaczego jest tak jak jest i czy może być inaczej. A przede wszystkim po to, żeby dowiedzieć się, czy można się porozumieć. Czy można się dogadać. Czy można zrozumieć innych. Te wszystkie inne byty pałętające się dookoła. Żeby ich nie wycinać. Ani żeby one mnie nie zarastały.
A przede przede wszystkim po to, żeby wiedzieć. I już. I tyle.
Wystarczy. Aż nadto.
[--pagebreak--]
Wolność
Ach, wolność!
Ech, wolność!
Jakże wspaniale wzdycha się do wolności. Jakże wspaniale rozmawia się o wolności. Marzy się o wolności. Zabiega o wolność. Walczy o wolność. Przynosi się wolność. Broni się wolności.
Wolność – wartość nad wartościami.
Cudna jest teoria wolności. Zniewalająca. Zapierająca dech w piersiach. Te niekończące się rozmowy, te poematy, te pieśni...
Paskudna jest praktyka wolności. Bowiem wolny człowiek to ten, który może sobie wybrać niewolę, a jeszcze wolniejszy jest ten, który pozostaje w tym zniewoleniu, w którym został zrodzony.
A jeśli ludzie nie mogą być wolni, to może książki mogą?
Czyż to nie zadziwiające, że w języku łacińskim słowo liber znaczy zarówno książka jak i wolny? Jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że w innych językach taka zbieżność nie występuje. Co prawda można by się upierać, że wolne książki czyta się wolno, a „free books not always are for free”, ale są to zbieżności zupełnie innego rodzaju, innej wagi. Da się z tego wyciągnąć, jak zwykle, dwa skrajne wnioski: albo że to czysty przypadek, albo że łacina jest językiem absolutnie wyjątkowym, niezwykłym, natchnionym, świętym. Jak zwykle też to, co określamy bardzo mglistym, niejasnym słowem prawda leży pośrodku, albo nawet zupełnie gdzie indziej, poza, na innej linii łączącej inne ekstrema. Nie ma języków świętych, jak też nie występują w nich absolutnie przypadkowe zbieżności. Bardzo interesujące i zadziwiające jest też to, że chociaż książka ma ogromne zasługi w walce o wolność słowa, a tym samym o wolność człowieka, sama tkwi w niewoli niezliczonych reguł i konwencji: a to poetyka czegoś wymaga, chce i zabrania, a to składnia, a to interpunkcja, a to typografia, a to drukarnia, a to krytyka, a to wydawca, a to introligatornia, a to reguły kompozycji... Sytuacja książki przypomina trochę sytuację architektury oplątanej gąszczem przepisów budowlanych, wymogów funkcjonalnych, konstrukcyjnych, technologicznych i materiałowych, stylów, ideologii, upodobań...
Kiedy niemal trzydzieści lat temu odkryłem (jak zwykle przez przypadek, którym był brak papieru i konieczność pisania na maszynie po obu stronach kartki), że mogę robić książkę sam, wartość tego odkrycia polegała na tym, że stanąłem przed szansą twórczego wykorzystania wszystkich etapów powstawania książki – teraz pisanie książki kończyło się dopiero wtedy, kiedy gotowy egzemplarz stał na półce i był to taki egzemplarz, którego wszystkie części składowe miały jakąś wartość semantyczną świadomie przeze mnie im nadaną, brały mniejszy lub większy udział w opowiadaniu historii w tej książce przedstawionej. Energię, siły i czas zaoszczędzone na bezowocne przekonywanie redaktorów i wydawców zapłotnych, że wielokropek może mieć różne ilości kropek w zależności od tego jakiej długości zawieszenie chciałbym osiągnąć, lub że strony muszą się otwierać tak jak otwiera się okno, albo że powinny być z pewnych oczywistych dla mnie i dla książki względów trójkątne lub trapezowe, mogłem zainwestować w uwalnianie książki od krępujących ją mentalnych stereotypów ...... niech więc będą książki dowolnych, najdzikszych nawet kształtów, niech się otwierają na wszelkie możliwe sposoby, niech się rozkładają we wszystkie strony, niech litery płyną, skaczą, lecą, idą, toczą się i czołgają, niech strony mienią się kolorami rozkwitających na wiosnę łąk, niech zdania plączą się niczym winorośl ..... niech książka będzie jak świat, niech książka będzie światem ......
Lecz nawet gdybym naiwnie przyjął, że taka książka, absolutnie w całości wychodząca z jednego umysłu, jest książką wolną, albowiem została ukształtowana całkowicie bezkompromisowo (kompromisy technologiczno-materiałowe pomijam dla ułatwienia i większego efektu tego końcowego zdania) pozostaje jeszcze wielce istotne i niewygodne pytanie: jak te moje wolne książki uwolnić ode mnie?
[--pagebreak--]
Cmentarz
Jeden wielki cmentarz.
Same trupy wokoło.
Ogród to wysypisko trupów. A nie widać ich. Śmieci widać, a trupów nie widać. Tylko czasami - jakieś porozrzucane pióra, ślad po dramacie, po niedawnej tragedii, czyli resztki po obiedzie. Za to muszych trupów dużo, na parapecie w pracowni ..... ale pracownia to nie ogród – szkoda, mogłaby być .....
A czy widziałeś kiedyś trupa książki?
Książki się rodzą. To oczywiste. To widać. To można prześledzić. To można sfilmować i pokazać w telewizji.
Podobno wszystko co się rodzi umiera. „Podobno” jest tu potrzebne, bo pewności nie mam. Może są takie istoty, które się rodzą (czyli zaczynają istnieć, pojawiają się), a nie umierają (czyli nie przestają istnieć, nie znikają). Albo jeszcze nie umarły – chociaż już żyją (istnieją) miliony lat – umrą (znikną) za miliony lat i nikt tego nie zauważy, ani nie sfilmuje i będziemy trwać w przekonaniu o ich nieśmiertelności (nieznikalności).
Nie wszystkie książki, które do tej pory się zrodziły (czyli które napisano i wydano) jeszcze istnieją. Jakaś ich część już nie istnieje. O niektórych wiemy, że były, znamy ich tytuły. O innych nic nie wiemy. Zniknęły. Nie ma ich. Tak jak zniknęły tysiące, miliony motyli. Fruwały, mieniły się w słońcu i zniknęły.
Oto ostatni egzemplarz jakiegoś tytułu ginie na przykład w pożarze. I co? I już? I to koniec? Unicestwienie. Śmierć. Nikt już tej książki nie przeczyta. Jeśli nie była interesująca, to nikt o niej nikomu nie opowie, nie będzie jej wspominał z rozrzewnieniem albo ze zgrozą. Nikt potem nie będzie przekazywał o niej żadnych wstrząsających opowieści, żadnych łgarstw ani przesadnych zachwytów. Nikt jej nie będzie żałował, bo nikt o jej istnieniu nie będzie wiedział.
Może książka rodzi się, kiedy zaczynam ją czytać, umiera zaś kiedy kończę ją czytać i przeczytaną odkładam na półkę. Wtedy biblioteka byłaby cmentarzem książek... Metafora efektowna, naciągana i pokraczna.
Wyobrażam sobie jakąś prześwietną komisję, znakomite konsylium, które po przeprowadzeniu wyczerpujących (zarówno dla przedmiotu jak i podmiotów, dla badanego jak i badających) badań stwierdza uroczyście i ponad wszelką wątpliwość, że ta oto książka nie nadaje się już do niczego, już się nie da jej czytać, że to co w niej napisane jest tylko rzężeniem godnym miana ostatniego tchu. Oto trup. Teraz należy go pochować. Albo w gustownej trumience. Albo w glinianym naczyniu. Albo w srebrnej szkatułce. Albo spalić na wspaniałym stosie. Albo oddać na makulaturę. W zależności od zasług. I zgodnie z widzimisię prześwietnej komisji.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Książka to cmentarz. Bo każde słowo to ukatrupiona myśl. Spójrz na tekst jako na plan cmentarza. Rzędy grobów, a między nimi alejki. Ponura metafora czy szczera prawda? Nieszczera prawda.... brzmi trochę lepiej, mniej tragicznie ...... jakaś szansa pobrzmiewa, jakieś złudzenie ......
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Po przeczytaniu książki wszystkie słowa zsypujemy do ogromnej kadzi. Tam mieszamy je i mielimy, a potem na puste strony wysypujemy (wylewamy) zupełnie inny ich układ, inną opowieść.
Taka to śmierć książki – takie to narodziny książki.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Kiedy umiera słowo: kiedy nikt go już nie używa? kiedy nikt go już nie pamięta? kiedy nie ma go już w żadnym słowniku? Bo jeśli gdzieś w jakimś zakamarku swojej pamięci przechowuje je choćby jedna osoba i w każdej chwili mogłaby go z tego zakamarka wydobyć, to znaczy, że jeszcze się w nim życie tli. Zatem martwe słowa to te, które przestały istnieć, które osiągają status jakby-nigdy-ich-nie-było. Nie da się określić liczby umarłych słów. Nie da się o nich nic powiedzieć, ani napisać. Nic a nic. Dlatego są martwe.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Mogłyby jednak być zebrane w księdze, o której istnieniu nikt by nic nie wiedział. Musiałyby jednak być udzielone (przez kogo?) gwarancje, że taka księga nie zostanie znaleziona, bo znalezienie jej oznaczałoby zmartwychwstanie zapisanych w niej słów. Zaś zmartwychwstanie oznaczałoby tylko tyle, że one nie umarły. Nie mogłoby zatem być choćby najmniejszego podejrzenia, że taka księga istnieje, albowiem takie podejrzenie oznaczałoby możliwość odnalezienia jej, która z kolei oznaczałaby iskierki życia w tych słowach.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Nie ma więc cmentarza słów, bo być go nie może.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Cmentarz książek mógłby być.
Jakże to: martwe książki, a w nich żywe słowa?
Nie, nie byłoby przecież książek. Byłyby tylko tytuły. Cmentarz książek byłby tylko katalogiem książek, których już nie ma, których już nie można dostać. Nigdzie. W żadnej bibliotece. W żadnym antykwariacie. Zostałyby tylko recenzje. Tak jak zostają tylko wspomnienia.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Jeśli słowo jest grobem myśli, to ten tekst, jak każdy tekst, jest cmentarzem. Można by zatem tu i ówdzie zaglądnąć. To lub tamto ekshumować. Co by tu wybrać?
[--pagebreak--]
Wojna
Nie ma wojny.
Nie będzie wojny.
Nie prowadzę wojny.
Nie planuję wojny.
Nie marzę o wojnie.
Nie wspominam wojny, bo nie ma czego wspominać. Żadnej wojny nie było. Żadnych sojuszy. Żadnych wrogów. Żadnych sprzymierzeńców.
Nie było wojen – nie ma historii. Historia Liberlandii nie jest wojnami pisana, więc to żadna historia. No i dobrze. Niech Liberlandia nie ma historii. Niech się z niej śmieją państwa zapłotne. Do rozpuku. Wszak śmiech to zdrowie. Zatem rozpuk to też zdrowie. I jakże tu umierać ze śmiechu, skoro śmiech to zdrowie? Zatem może śmierć to też zdrowie...
Nie ma kultu wojny.
Nie ma pochwały wojny.
Nie ma czci dla wojny.
Jest tylko pogarda dla wojny.
Tak – straszne miejsce i straszne czasy dla bohaterów, dla herosów, dla bojowników. Nikt się nimi tutaj nie interesuje. Nikt ich tutaj nie ceni. Nikt o nich nie pisze eposów. Nikt ich tutaj nie potrzebuje. Tu – w Liberlandii.
I armii też nie ma. Nikogo nie szkoli się, by był maszyną do zabijania, robotem wyposażonym w prawdziwą inteligencję, pozbawionym sumienia, obdarzonym błogosławieństwem. Nie ma nawet ministerstwa obrony. Nie tylko dlatego, że nie ma żadnych ministerstw. Bo gdyby było, to byłoby to ministerstwo ataku. Już kiedyś, gdzieś o tym pisałem, nie będę się powtarzał, chociaż powinienem, bo przecież tamtego tekstu chyba nikt nie czytał. Przecież, jak to mawiają w krajach zapłotnych, trzeba rzeczy nazywać po imieniu.
Książki nie prowadzą ze sobą wojen. Szydzą z siebie, ale się nie podpalają, nie rozrywają na strzępy. W każdej książce armia słów. Każde słowo niczym bezbronny żołnierz. Bezsilna armia bezbronnych żołnierzy. Choć powiadają, że słowa mogą ranić, nawet zabić – jeśli tak, to gołymi rękami.
Bezbronność. Fatalna strategia. Wręcz samobójcza. Lecz jakże piękna. Może najpiękniejsza...
Za oknem najczarniejsza noc. W ogrodzie szaleje wiatr. Nad głową huczy blaszany dach raz po raz wstrząsany gwałtownymi podmuchami.
Czyżby wojna?[--pagebreak--]
Przepisy
Oto przepis na przepis:
1.
Przede wszystkim trzeba znaleźć to, co będziemy przepisywać. Oczywiście, zawsze można przepisać byle co, odpada wtedy stres związany z dokonywanie mniej lub bardziej słusznych wyborów, niemniej jednak wybranie czegoś ważnego, lub powszechnie uważanego za ważne, co nie zawsze jest równoznaczne, w pewnym sensie nobilituje przepisującego, przynajmniej tak mu się wydaje, sam czuje się wtedy ważniejszy. Jak zwykle możliwe są bardzo różne strategie: można uznać, że wszystko jest równie ważne lub że nic nie jest ważne, czyli że wszystko jest równie nieważne... można stosować gradację ważności, różną dla różnych rzeczy, albo usiłować wprowadzić tak zwaną gradację obiektywną, czyli obowiązującą wszystkich bez wyjątku i trwać w takim wszystko usprawiedliwiającym złudzeniu i zdumiewać się, że inni mają inną gradację obiektywną... można zdecydować się na gradację subiektywną i wtedy nie łudzić się i nie zdumiewać, co wydaje się raczej niemożliwe, bo przecież każdy kto wspaniałomyślnie mówi „a niech sobie robią co chcą” spodziewa się jednak, że prędzej czy później będą oni robić to co on (albo one to co on lub one to co ona lub oni to co ona – chyba nie ma innych wariantów... ach, prawda, jest przecież jeszcze ono)... Można też ominąć te koszmarne zawiłości i stwierdzić, że nieważne co przepisujemy, lecz jak przepisujemy.
2.
W zasadzie odpowiedź na pytanie jak przepisywać? powinna być jednowyrazowa: dokładnie. Ale słowo „powinna” świadczy o tym, że wcale tak nie jest. Bo rzeczywiście nie jest. I choć chyba nikt nie kwestionowałby zasadności dokładnego przepisywania (słowo „chyba” jest tu niezwykle ważne – inną niezwykle ważną, wręcz fundamentalną sprawą jest fakt, iż uznawanie jakieś zasady wcale nie jest równoznaczne z jej stosowaniem), to już prawie wszyscy mieliby problemy z określeniem granic owej dokładności. Oto przykład klasyczny, czyli fragment wyrwany z kontekstu. Bez wątpienia każdy fragment jest wyrwany (wycięty, wyjęty, wypreparowany z pewnej całości, na którą się składa razem z innymi fragmentami). Taka jest natura fragmentu. Może się tak zdarzyć, że ów fragment łudząco upodabnia się do całości, to znaczy ma wszelkie cechy całości i ktoś kto nie wie, że jest on fragmentem, uznaje go za całość. To nic niezwykłego, albowiem każdy fragment ma prawo do tego, żeby być odrębną i zupełnie niezależną całością nie przestając jednocześnie być fragmentem. Weźmy na przykład taką całość: nie poszedłem do sklepu. Z tej jakże skromnej i wydawałoby się jednoznacznej, zupełnie pozbawionej podtekstów całości można wydzielić takie oto fragmenty: poszedłem do sklepu... szedłem do sklepu... nie poszedłem... poszedłem... poszedł do sklepu... nie poszedł do sklepu... nie szedł do... I tak dalej. W przypadku zdania czterowyrazowego to „dalej” nie jest aż tak bardzo dalekie. Spróbujmy sobie jednak wyobrazić ilość fragmentów, które można by wyrwać z tego właśnie czytanego tekstu... albo ile fragmentów można by wyciąć ze starego ogrodu liczącego ponad sto drzew, z których każde ma przynajmniej kilkaset gałęzi i gałązek, nie wspominając o liściach i igłach. Może się zdarzyć, że któryś z fragmentów trafi do kominka i zamieni się w dym, ale może się zdarzyć i tak, że ktoś wyrzeźbi z niego lalkę, albo zrobi klepkę do parkietu, któż wtedy rozpozna w tym fragment amputowanego uschniętego konaru starzejącej się jabłoni? Przypiszemy mu kompletnie inne znaczenia niż miał, a on dalej przecież będzie tamtym fragmentem, jakże skromnym i nienapuszonym... Płynąłby z tego wniosek bardzo dla nas niewygodny: wszelkie fragmentaryzowanie jest wbrew zasadzie dokładności – niewygodny, bo przepisując całości ręka może odpaść.
Warto by także zastanowić się tutaj, czy jeśli coś zostało nabazgrane ołówkiem w zwykłym zeszycie, to czy można fragment takiej bazgraniny wykaligrafować pięknie piórem na czerpanym papierze, albo wykuć w alabastrze, onyksie lub nefrycie, albo wyryć spychaczem na ogromnej łące... Czy aby coś się wtedy nie zmieni? Czy aby w ten sposób nie nadpiszemy lub dopiszemy czegoś łamiąc tym samym po raz kolejny zasadę dokładności? Zwróćmy jednak uwagę, że ładnie jest fragmentem dokładnie. Tu oczywiście pojawi się kolejny fundamentalny (czyli mentalny) problem: co jest ładniejsze – piękna bazgroła na kiepskim papierze czy sztywne litery na rozgrzanym słońcem marmurze? Kto to wie?
3.
Jakże łatwo przepis zamienić w przypis, prawda? Wystarczy zmienić tylko jedną literkę. Wystarczy, że się palec omsknie... A przypis to już coś całkiem innego niż przepis. A jeszcze mamy przecież wypisy, wpisy i napisy. Oraz odpisy. Ale nie mamy dopisów – to dziwne, ponieważ mamy dopiski. Napisków, wpisków i wypisków też nie mamy – ale mamy zarówno zapisy jak i zapiski... Co za gąszcz. Co za labirynt. Nie do ogarnięcia. Nie do przejścia. Tylko można się w nim zgubić. I to też robimy – gubimy się w tym labiryncie i już z niego nie wychodzimy. Tkwimy w nim przepisując wcześniej popełnione błędy i dodając nowe, nieustannie deformując, aż to co miało być dokładną kopią staje się czymś zupełnie innym. Istny głuchy telefon. Albo raczej ślepa kamera... Próbował zaradzić temu kiedyś dalekozapłotny lud środkowy i na polecenie jednego ze swych cesarzy ze Wschodniej Dynastii Han, wykuł zbiór podstawowych przepisów do przepisywania na czterdziestu sześciu kamiennych stelach, po to by ograniczyć ilość błędów powstających w trakcie nieustannego kopiowania kopii. Działo się to jeszcze zanim ów lud wynalazł papier. A gdy już papier wynalazł, ktoś wpadł na pomysł, że zamiast przepisywać teksty ze steli, wystarczy posmarować kamień tuszem i przyłożyć doń wilgotny arkusz, a tekst odbije się na nim. Tak oto wynaleziono druk, co oczywiście wcale nie uwolniło tego ludu, ani żadnych innych, które później przejęły od niego te wynalazki, od popełniania błędów przy późniejszym wielokrotnym przedrukowywaniu, szczególnie przy użyciu ruchomych czcionek. Niestety, ulubionym, bo podstawowym, pokarmem umysłu są niebieskie migdały, a te jak wiadomo mają właściwości z lekka odurzające.
4.
Przytłoczeni tą dosyć ponurą wizją wiecznego tułania się po upiornym labiryncie wszystkich błędów drobnych i wielkich, nie będziemy już zastanawiać się, nad takimi problemami jak: gdzie przepisywać, komu i dla kogo. Są one istotne, ale może nie aż tak bardzo, żeby zadręczać się nimi w tak piękny wiosenny poranek. Spróbujmy zatem odpowiedzieć na inne pytanie, które chociaż z natury bezsensowne, uważane jest za najważniejsze: po co?
5.
Po co przepisywać cudze teksty, skoro można napisać własny i tym samym uniknąć niebezpieczeństwa popełnienia takich głupich pomyłek, które potem mogą okazać się (i jakże często okazują) brzemienne w mniej lub bardziej opłakane skutki? Odpowiedź jest bardzo prosta: znacznie łatwiej jest przepisywać cudze niż pisać własne... Zresztą, czy jest w ogóle możliwe napisanie czegoś własnego? Czy są jakieś wyrazy i ich kombinacje, których już wcześniej by nie użyto? Nie ma. No chyba że wymyślimy jakieś własne słowa, ale wtedy nikt ich nie zrozumie i przepisując natychmiast je przekręci. Czyżby oznaczało to, że patronami Liberlandii mogliby być zupełnie nieświęci Bouvard i Pecuchet? Propozycja warta zastanowienia...
6.
A tak prawdę napisawszy: po co w ogóle cokolwiek przepisywać, skoro i tak najważniejsze są przepisy niepisane?
Oj! Chyba najwyższy czas zmienić podstawową dietę liberlandzką. Od dzisiaj zamiast niebieskich migdałów wyłącznie czerwony szczypiorek.
No dobra, dosyć tych facecji i wygłupów. Przepisy ważna rzecz. Mogłoby się nawet wydawać, że okrutnie ważna rzecz, bo jak tu żyć bez przepisów? Jak upiec chleb bez przepisu? Albo jak zakisić kapustę? Albo jak przygotować płótno pod namalowanie obrazu? Albo jak zorganizować uroczyste przyjęcie? I tak dalej. Wymieniać dałoby się chyba bez końca. Trzeba jednak uświadomić sobie jedną rzecz: otóż, ktoś kiedyś ugotował zupę pomidorową po raz pierwszy, czyli zrobił to bez przepisu. Z czego wynika, że da się. Przepis precyzyjny zniewala, aczkolwiek daje dosyć duże gwarancje sukcesu. Nie można powiedzieć, że są to gwarancje stuprocentowe, albowiem zawsze może zdarzyć się coś nieprzewidzianego, co sprawi, że powstanie sytuacja w przepisie nieprzewidziana, która wywoła popłoch, panikę i przerażenie oraz paraliż – na przykład: ma przyjść czternastu gości, a tu okazuje się, że jest tylko jedenaście krzesełek i trzynaście talerzy, a co gorsza, okazuje się, że przyszło gości piętnastu, a trzynasty talerz potłukł się, bo był pechowy i miał do tego pełne prawo (postępując zgodnie z przepisem na bohaterską śmierć na polu chwały) – rozwiązanie tego dylematu wymaga umiejętności posługiwania się wyższą matematyką... Co wtedy robić? Wtedy należy skorzystać z przepisu na sytuacje nieprzewidziane i nieprzepisowe, czyli zacząć improwizować... A skąd mam wiedzieć jak improwizować, skoro uczono mnie komponować, a przede wszystkim odgrywać cudze kompozycje? Tak dochodzimy do jednego z największych dylematów: komponować czy improwizować? Rozwiązań jak zwykle jest wiele. Na początek dobrze zdać sobie sprawę z tego, że improwizacja, to niejako komponowanie w locie, nie jest więc improwizacja zaprzysięgłym wrogiem kompozycji. Improwizacje też mają swoje odmiany i stopnie: od drobnych wariacji na temat, do totalnego, całkowitego tworzenia czegoś zupełnie nowego. A i kompozycje też mogą być mniej lub bardziej dokładne, mogą przecież zupełnie świadomie zostawiać miejsce na swobodne działanie... A zresztą co tu tracić czas po próżnicy. Na pewno gdzieś jest przepis na improwizację. I to nie jeden....
Mnóstwo przepisów. Przepisy na wszystko. Nic tylko studiować przepisy. To całkiem niezły przepis na życie. Studiować przepisologię. Kim pan jest? Jestem docentem przepisologii. Gdzie pan pracuje? Pracuję w Instytucie Przepisów Narodowych. Albo: pracuję w Instytucie Przepisów Należytych. Albo: pracuję w Instytucie Przepisów Niestosowanych; tak, to moja pasja, badam przepisy nigdy nie zastosowane oraz takie, które nie mają żadnego zastosowania... Ta ostatnia wersja chyba najbardziej interesująca. Zdecydowanie tak. Oczywiście należałoby też pomyśleć o założeniu Uniwersytetu Przepisologii.
Czy to ma być państwo przepisów, czy też ma to być państwo bez przepisów?
Czy możliwe jest państwo bez przepisów?
A gdyby było możliwe, to czy takie państwo bez przepisów byłoby nieprzepisowe?
Oto przepis na mnożenie pytań.
Wolność pisania czy niewola przepisywania – co wybrać?
Oczywiście, że niewolę przepisywania. Przecież wtedy człowiek oddycha z ulgą i już nie musi się o nic martwić. Czyż nie na tym właśnie (albo między innymi) polega wolność
[--pagebreak--]
(tajni) Agenci (jawni)
Co zrobić, żeby obywatele byli szczęśliwi?
Należy zrobić to, co obywatele oczekują, że zostanie zrobione, co chcieliby, żeby było zrobione. Po prostu trzeba zrobić to, o czym marzą, żeby było zrobione.
Żeby to zrobić, trzeba poznać ich marzenia, plany, oczekiwania, żądania, może nawet sny.
Najlepiej byłoby, gdyby obywatele sami dostarczyli takich informacji. Na przykład mogliby wypełnić szczegółowe ankiety. Ale nie wypełnią. Obywatele z reguły są krnąbrni, wredni i podejrzliwi. Zresztą i tak z góry wiadomo, że ich największym marzeniem jest zdobyć władzę absolutną nad światem i rządzić niepodzielnie... Mogliby donosić. Co prawda obywatele lubią donosić, ale niestety nie na siebie – na siebie raczej donosić nie lubią i nie donoszą. Oczywiście można by ich poprosić, żeby donosili o czym marzą znajomi i sąsiedzi, ale to dałoby pole do niesłychanych i niewidzianych popisów. Czyli lepiej nie próbować.
Skoro zatem nie można takich informacji dostać, to trzeba je zdobyć. Podsłuchując i podpatrując. Czyli szpiegując. Wiem, że to nieładnie. Nieetycznie i niemoralnie. Uczyłem się o tym w szkole. Tak jak wszyscy. No ale co robić? Wszak szczęście obywateli jest najważniejsze.
Zatem trzeba wysłać agentów, którzy te informacje zdobędą. Sprytnych i bezwzględnych. Odważnych i przedsiębiorczych. Takich, którym nie straszne będą najgorsze przeszkody. Którzy wszędzie się wcisną. Nawet przez ucho wejdą do głowy, do najmroczniejszego zakamarka umysłu i dokładnie go spenetrują.
Dobrze. To już postanowione.
Teraz trzeba kogoś wybrać.
Podobno świetne są karaluchy. Wystarczy im zamontować na plecach miniaturową kamerkę i jeszcze bardziej miniaturowy mikrofon. Wszędzie wlezą... Może i wlezą, ale nie latają. Ponadto budzą wstręt i odrazę i w związku łatwo ulegają zniszczeniu.
Ćmy byłyby lepsze. Co prawda nie są takie wścibskie, ale wzbudzają mniej podejrzeń. Za to strasznie są roztrzepane. To niedobrze. Zniszczą kamerki. Poza tym operują tylko w nocy – to akurat nie jest problemem, gdyż w dzień mogłyby je zastąpić motyle, ale te wydają się zbyt chaotyczne, jakby nieustannie pijane albo naćpane. A agent musi być trzeźwy, musi mieć percepcję ostrą jak brzytwa.
Komary. Interesująca propozycja. Ale komar to strasznie delikatna konstrukcja, zdecydowanie za delikatna. Poza tym to nieznośne brzęczenie, które ich zdradza i ta ślamazarność. Agent musi być niesłychanie szybki, a refleks mieć niewyobrażalny dla przeciętnego obywatela.
Muchy. Właśnie! Szybkie, zwrotne. I w jakże wielu wersjach i rozmiarach: malutkie, ledwie dostrzegalne i wielkie prawie jak szerszenie, włochate i opancerzone, matowo czarne i błyszczące, metalizowane, opalizujące... MUCHA: mały uniwersalny * agent... Świetnie. Gdyby nie to CH. Nic sensownego mi do głowy nie przychodzi. Charyzmatyczny? Chamski? Chudy? Chimeryczny? Chiński? Chasydzki? Cholerny? Choleryczny? Nic nie pasuje. Nie wiem nawet, czy to CH rozdzielić na C i H, czy nie, czy traktować je graficznie czy fonetycznie... A może po prostu zaszyfrować: MU*A. Tak! Oczywiście, że tak! Wtedy nikt nie będzie wiedział, o co tu chodzi, kto może być tym Małym Uniwersalnym * Agentem... A może Mechanicznym? Nie, nie. Agent nie może zachowywać się w sposób mechaniczny, chociaż musi być mechanizmem perfekcyjnym.
Dobrze. Skoro mamy już ogromną armię agentów (i to jakże znienawidzonych), możemy zacząć przygotowania do wielkiej akcji noszącej kryptonim „Szczęście”.
Ciiii!!!
Czy ja oszalałem? Przecież to powinno być wydrukowane bardzo małymi literkami. Tak malutkimi, żeby nie dało się tego przeczytać okiem nieuzbrojonym w lupę. A przecież nie każdy ma lupę. Mało kto ma lupę, więc mało kto by mógł to przeczytać. I dobrze. Im mniej obywateli to przeczyta, tym lepiej. A najlepiej będzie, jeśli nikt tego nie przeczyta. Wszak to co piszę jest ściśle tajne. Żadną miarą ten tekst nie powinien ujrzeć światła dziennego. Ten tekst powinien oglądać jedynie światło nocne. No i bezwzględnie powinien być zaszyfrowany. A po zaszyfrowaniu umieszczony w najtrudniej dostępnym miejscu Wielkiego Indeksu Cennych Imponderabiliów. Ukryty tak, że nikt go nie znajdzie. W spisie treści powinien być umieszczony pod fałszywym tytułem, a numer strony powinien wprowadzać w błąd. Ten tekst nie powinien wpaść w niepowołane ręce, a w przypadku tego tekstu niepowołane są wszystkie ręce. I wszystkie oczy i nogi też. I uszy. I nosy... Nie będziemy dyskryminować nosów...
No, a jeśli mimo wszystko wpadnie? Co wtedy?
Nic wtedy. Nic a nic. Bo dlaczego miałoby być coś? To nawet lepiej, że wpadłby. Na tajemnicę wszyscy polują, podczas gdy jawność pozostaje nietknięta, nikt jej nie ściga, nikt na nią nie pomstuje. Nie ma to jak jawni agenci. Oni dopiero są niezauważalni.
Ha! Ha! Ha!
Żarty na bok.
Na oba boki.
No, ale jak tu zachować powagę? Pomyślmy tylko: lubimy, ba! wręcz uwielbiamy podsłuchiwać i podglądać i ćwiczymy się w tym prywatnie i nieoficjalnie, oficjalnie bowiem mamy szpiegowania nienawidzić, mamy nim pogardzać i brzydzić się go, oczywiście jednocześnie szkolimy niektórych właśnie w podglądaniu i podsłuchiwaniu, a jeśli dobrze potem podsłuchują i podglądają to nie karcimy ich, czego należałoby się spodziewać, lecz nagradzamy, i to sowicie, aczkolwiek nie przestajemy takimi podsłuchiwaczami i podglądaczami gardzić, chociaż tych, którzy robią to na najwyższym poziomie i przy użyciu najnowocześniejszych gadżetów wprost uwielbiamy, piszemy o nich poematy, kręcimy filmy, dzieciom stawiamy za wzór...
Co za genialna gmatwanina.
Ręce opadają, a nogi biorą się za pas.
[--pagebreak--]
Uniwersytet
Założyłem uniwersytet.
Jest to uniwersytet ekstremalny.
Nie jestem jeszcze pewny czy „ekstremalny” to jedynie epitet, czy też już nazwa. Dla uproszczenia przyjmijmy, że to nazwa tymczasowa, że kiedyś powstanie jakaś lepsza, bardziej adekwatna.
Dlaczego ekstremalny?
To może budzić niepokój. Ktoś pomyśli, że chodzi tu o nauczanie ekstremizmu. Jeśli tak pomyśli, to niech się nad tą własną myślą zastanowi, ekstremalnie dogłębnie niech ją przeanalizuje. Przecież nie jest to Uniwersytet Ekstremistyczny. Ekstremistyczny to przecież nie to samo co ekstremalny.
Dlatego ekstremalny, że chodzi tu o wiedzę ekstremalną. Ekstremalnie głęboką i ekstremalnie rozległą. Także o ekstrema wiedzy.
Warto też dodać, że studiowanie na UE jest ekstremalnie proste. Nie ma tu żadnego rektoratu, dziekanatu, sekretariatu, szatni czy toalet. Nie ma indeksów, legitymacji, zaliczeń i egzaminów. System rekrutacji też jest ekstremalny, albowiem nie ma go wcale. Po prostu studiujesz coś albo nie. Nie ma też podziału na semestry i lata, więc zacząć studiowanie można w każdej chwili i w każdej chwili je przerwać.
Lecz uważaj, drogi studencie. Pamiętaj! Znajdujesz się w sytuacji ekstremalnie trudnej: tutaj o wszystkim decydujesz sam. Jeśli poczujesz, że masz dosyć, po prostu zamknij książkę, albo wyłącz komputer i idź do ogrodu, albo za ogród na łąkę, albo za łąkę do lasu, albo za las i za te góry co za lasem... a potem za następny las, aż za siódmy las i siódmą górę, albo jeszcze dalej... Ekstremalnie trudne sytuacje mają ekstremalnie proste rozwiązania.
Mógłby też ten uniwersytet być czyjegoś imienia. Czyjego jednak? Może Bouvarda i Pecucheta? Oni by pasowali. Wszak działa na razie tylko jeden wydział (niestety, wszystko ciągle w powijakach, wręcz w wodach płodowych), a mianowicie wydział głupoty.
Głupoty? A dlaczegóż by nie? Skoro można studiować geografię lub fizykę, to dlaczego nie można studiować głupoty? W czym głupota gorsza od geografii lub fizyki? Głupota jest powszechna niczym grawitacja, więc dogłębne poznanie głupoty powinno być absolutnym priorytetem dla nauki. Chyba już czas najwyższy opisać ją, sklasyfikować jej odmiany, nauczyć się ją rozpoznawać... Czy jest to jednak możliwe? Zapewne tak, choć bez wątpienia łatwe nie będzie. Wbrew pozorom głupota wcale głupia nie jest. O nie. Jest chytra nad wyraz i przebiegła ponad wszelkie wyobrażenie. (Czy jednak chytrość i przebiegłość można uważać za przejawy mądrości, za jej odmianę? Nader to wątpliwe.) Potrafi nadzwyczajnie się kamuflować. Ma przygotowane niezliczone wręcz maski i zakłada je zręcznie. Równie zręcznie potrafi się przebrać, ba! zmienia nawet kształt, oblicze, wymiary. Ileż tu strategii do zbadania! Ileż technik uników! Ile sposobów ucieczki, metod ukrywania się. Całe szafy czapek niewidek. A jakie zdolności mimikryczne. Łącznie z tą najniezwyklejszą co zamęt w głowie powoduje okrutny: oto bowiem głupota przybiera formę mądrości, jej szaty zakłada, jej mową się posługuje, jej gesty naśladuje wprost idealnie. Co gorsza, nie jest wcale rzadkością, że mądrość brzmi zdumiewająco prostacko, jakby subtelność była jej zupełnie obca. I chociaż wcale nie przebiera się w szaty głupoty, za głupotę bywa uważana. A co najgorsze, mądrość niekiedy po prostu jest głupotą. I nie chodzi tu bynajmniej o to, że głupotą jest być mądrym – po prostu mądre bywa czasami głupie i tyle. No i jak to teraz oddzielić? Właśnie, właśnie. Jak widać i słychać jest się nad czym zastanawiać i jest co badać. I o czym pisać prace magisterskie. I doktoraty i habilitacje też. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że uzyskany tytuł, a mianowicie magister głupoty, może wydawać się dziwny, wręcz głupi, gdyż głupcom będzie on sugerował, że mają do czynienia nieomal z mistrzem głupoty, czyli głupcem potężnym i potwierdzonym pieczęcią, a tak wcale nie jest. Zastanówmy się: magister geografii, to ktoś kto zna się na geografii, kto wie o niej dużo, lecz sam przecież geografią nie jest. Więc i magister głupoty będzie się tylko znał na głupocie, będzie o niej wiedział bardzo dużo, lecz sam ani głupotą ani głupcem nie będzie. Chyba że przytłoczy go skala i rozmach poruczonych mu zadań. Na szczęście jednak UE nie nadaje żadnych tytułów (między innymi dlatego, że uważa je za głupotę), więc nie warto sobie tym problemem zawracać głowy.
Zatem do roboty. Czas goni i nagli. Głupota, wbrew temu co można by o niej sądzić, wcale nie jest leniwa. O nie. Wręcz przeciwnie. Jest zadziwiająco pracowita. Nie odpuszcza ani na chwilę. Powoli, a może całkiem szybko, zdobywa kolejne bastiony mądrości. Trzeba zatem zmobilizować się i przeciwdziałać temu natarciu.
Lista tematów wykładów nie jest jeszcze ustalona, więc to co podane niżej, to tylko kilka luźnych propozycji:
Pochodzenie głupoty
Typologia głupoty
Metody rozpowszechniania głupoty
Oszałamiająca kariera głupoty
Do czego jest nam potrzebna głupota
Jak skonstruować detektor głupoty
Głupota jako strategia ewolucyjnego sukcesu
Nie wiadomo też, nawet w przybliżeniu, kiedy wykłady się zaczną, więc jeśli, drodzy przyszli studenci, nie będziecie mógł się doczekać, zacznijcie wykładać sami sobie – to wcale nie będzie takie głupie.
[--pagebreak--]
Libloo
Co to jest igloo wszyscy, lub prawie wszyscy wiedzą. Nikt, lub prawie nikt nie wie co to jest libloo.
Otóż libloo to tradycyjny dom liberlandzki.
Pytanie zasadnicze brzmi: czy ogrzewać siebie, czy całe państwo?
Skoro jednak powinienem powtórzyć za pewnym znanym, aczkolwiek niezbyt chyba lubianym władcą, że „państwo to ja”, więc powyższe pytanie jawi się jako głupie i bezpodstawne, a pytanie naprawdę zasadnicze i fundamentalne brzmieć powinno: jak się ogrzewać? To, że ogrzewać się trzeba nie podlega dyskusji, a zatem i pytać o to nie należy.
Odpowiedź jest bardzo prosta: najlepiej ogrzewać się za darmo, a jeśli nie da się za darmo, to jak najtańszym kosztem. Oczywiście należy też rozważyć możliwość całkowitego i raz-na-zawsze rozwiązania tego dręczącego problemu, a mianowicie przenosząc się do ciepłych krajów, gdzie ogrzewanie jest zbędne. Wbrew pozorom takie przenosiny nie są proste i mogą wygenerować znaczne koszty wszelakiego rodzaju. Poszukajmy więc rozwiązania zdecydowanie tańszego.
Wydaje się, że na pierwszym miejscu takiej nigdy nie sporządzonej listy powinna znaleźć się tybetańska technika medytacyjna zwana tumo. Stosując ją możemy nawet siedzieć na golasa na lodowcu i jest nam ciepło. Co więcej, nie dość, że niczego sobie nie odmrozimy, to jeszcze możemy stopić trochę lodu, czyli nie tylko ogrzewamy siebie, ale także najbliższe otoczenie. Koszty mamy zatem ujemne – gdybyśmy potrafili ten pewien nadmiar ciepła zmagazynować i przechować, moglibyśmy go sprzedać... Tylko po co? Co byśmy z tymi pieniędzmi zrobili? Oczywiście moglibyśmy je przekazać na cele dobroczynne, lecz jeśli tak, to lepiej byłoby od razu przekazać ta takie cele ciepło. Niestety, rzeczywistość wcale nie przedstawia się tak różowo, a bycie człowiekiem-kaloryferem, albo człowiekiem-piecem, do łatwych nie należy. Podstawowa trudność polega bowiem na tym, że takie samoogrzewanie się prowadzi to całkowitego paraliżu: po prostu, nie możemy robić nic innego jak tylko samoogrzewać się. Proszę sobie wybić z głowy taką sytuację, że oto siedzimy na lodowcu, wicher wiucha, a nam jest cieplutko i czytamy sobie ulubioną książkę – nic takiego.
Jak zatem widać, to co wydawało się wręcz idealnym rozwiązaniem, okazuje się rozwiązaniem wręcz odwrotnym od ideału. Cóż nam bowiem po cieple, z którego nie możemy korzystać? Cóż nam z bycia w stanie jest-mi-ciepło, skoro prócz bycia w tym stanie nie możemy robić nic innego. Można by sparafrazować znane powiedzenie: toż to ciepło dla samego ciepła. To już lepiej trochę pomarznąć, a móc robić różne rzeczy. Na przykład kilka przysiadów, a potem wypić filiżankę dobrej herbaty... Skoro całkowicie darmowe ogrzewanie okazało się niebywale kosztowne, musimy poszukać innych rozwiązań. Ale nie tak bardzo odległych ideologicznie.
Może zatem wystarczy czytać książki o gorących krainach. Albo takie, które sprawiają, że dostajemy wypieków na twarzy. Lecz nie takie, które wywołują dreszcze emocji. O nie, dreszcze są niepożądane, tych bowiem mamy w nadmiarze. Jakie mankamenty ma ta metoda nawet nie trzeba tłumaczyć. Można ją modyfikować poprzez czytanie takich książek pod ciepłą pierzyną – ile jednak można leżeć pod ciepłą pierzyną? Albo chodzić do ciepłej czytelni – no ale jak tam dojść gdy zacina deszcz albo mróz przenika do szpiku kości?
Tu pojawia się jeszcze jedna istotna wątpliwość. Żeby ogrzewać się za darmo czytając książki o ciepłych krajach i w ogóle o rzeczach ciepłych i rozgrzewających, musimy takie książki posiadać. Czyli najpierw musimy sporo zainwestować w bibliotekę. Zgadza się, niemniej jednak trzeba pamiętać, że nie musimy już dodatkowo inwestować w węgiel, gaz, prąd, brykiet czy drewno.
W tym momencie rodzi się pokusa, wywodząca się głównie ze świadomości gigantycznej nadprodukcji książek, że przecież można by palić książkami. To niebywale kontrowersyjna pokusa, chociaż gdy się jej bliżej przyjrzeć kontrowersyjna może zacząć wydawać się jej kontrowersyjność. Istnieje przecież cała masa książek głupich, dla których bardziej odpowiednim miejscem jest piec niż półka – zawsze jednak znajdzie się ktoś, dla kogo głupia książka wcale nie jest głupia, z chęcią natomiast spaliłby niejedną książkę mądrą i piękną, bo takowa jest według niego esencją głupoty i obrzydlistwa. Zostawmy to zatem, bo prawdę powiedziawszy i napisawszy, głupotą jest zajmować się taką segregacją książek. Zdecydowanie ważniejszy od tego problemu ideologiczno-moralnego jest problem technologiczny. Otóż, wbrew pozorom, książki palą się niedobrze, bo zamknięte nie dopuszczają tlenu do środka. Należałoby wyrywać po kolei kartki, a to jest wielce uciążliwe i czasochłonne, chociaż można się przy tym nieźle rozgrzać. (Przy okazji i na marginesie należy stwierdzić, z niejakim zdziwieniem, że o ile palenie książek wywołuje oburzenie, to oburzenia nie wywołuje oddawanie książek na makulaturę i ponowne przerabianie ich na masę papierową – ciekawe dlaczego; czyżby ponowne produkowanie z owej masy całej masy głupich i mądrych książek było uważane za coś znacznie wartościowszego niż bezpowrotna zamiana masy głupich i mądrych książek w ciepło?) Znacznie wygodniej jest sięgnąć po gazety. Te bowiem palą się świetnie i można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że zrobiły zawrotną karierę jako podpalacze. Dziwi też to, iż palenie gazet nie wzbudza żadnych wątpliwości moralnych, ani nie powoduje niepokojów ideologicznych tudzież wyrzutów sumienia, a przecież zdarza się, że znajdują się w nich teksty nieporównanie wartościowsze niż w niejednej książce. Co bynajmniej nie neguje celności uwagi poczynionej przez pewnego słynnego poetę, iż „dziennikarstwo to zgliszcza literatury”. Może i z tego powodu gazety palą się lepiej niż książki (wiadomo, że jakość palenia się jest odwrotnie proporcjonalna do jakości papieru – ciekawe, czy jak jest proporcjonalna do jakości wydrukowanego tekstu; obawiam się jednak, że nikt takich badań nie przeprowadził). Niestety, pala się krótko. I to je dyskwalifikuje jako opał. Książki też. Zresztą, jak wiadomo, kwestia ogrzewania to przede wszystkim kwestia utrzymania ciepła, czyli izolacji.
Książka wydaje się znakomitym materiałem izolacyjnym, chociaż nikt chyba nie badał książek pod tym względem i nie wyliczał dla nich współczynnika k. (Tym bardziej więc nie było badań, które określiłyby wartość izolacyjną książek w zależności od zawartego w niej tekstu.) Tak jak Eskimosi budują igloo ze zmrożonego śniegu, jak powinienem zbudować dom z książek. Grube mury z podwójnych rzędów dostępnych z wewnątrz i z zewnątrz. Taka chatka-liberatka. Kształtu nieokreślonego. O ścianach krzywych, nierównych, zmiennych, zrobionych z wyjmowalnych książek-cegieł. I już nie musiałbym kupować styropianu lub wełny mineralnej. Tylko książki. Wszystkie książki grube i cienkie. Jedna na drugiej. Jedna obok drugiej. Po prostu libloo.
[--pagebreak--]
Urząd
Uuuuuuuuuuuuuuuuu...
Ważna rzecz. Lecz raczej powinno być:
U U U U U U U U U U U U U U U U U
O tak. Teraz zdecydowanie lepiej to wygląda. Znacznie poważniej. Czyli tak jak powinno. Bo urząd to poważna sprawa i trzeba do niej (do tej sprawy) i do niego (do tego urzędu) podejść nad wyraz poważnie.
Co robi urząd?
Urząd urządza. Co do tego nie można mieć wątpliwości – po to jest urząd, żeby urządzać, więc jeśli jest po to, to urządza.
Wątpliwości mogłyby się pojawić przy kolejnym pytaniu: co urząd urządza? Mogłyby, lecz nie pojawią się, albowiem odpowiedź na to pytanie jest prosta i natychmiastowa: urząd urządza to, co nie jest urządzone.
A jeśli coś jest już urządzone?
Nie ma czegoś, co byłoby już urządzone, zawsze w tym czymś pozostanie coś, jakiś skrawek, jakiś fragmencik, jakiś zapomniany kąt, który jeszcze nie został urządzony, a nawet jeśli gdzieś znajduje się coś, co jest całkowicie urządzone, to przecież zawsze można to coś urządzić jeszcze raz, trochę, lub zupełnie inaczej.
Urządzanie jest procesem ciągłym i stałym. Końca nie widać urządzaniu. Nawet jeśli wejdzie się na dach, na samą kalenicę, a z niej wlezie się na komin i na nim stanie na palcach wyciągając ciało jak się tylko da, a w szczególności szyję, co jest okropnie niebezpieczne i nie powinno się tego robić pod żadnym pozorem, to i tak nie zobaczy się końca urządzania – wszędzie będzie widać tylko urządzanie. Zima myślała, że się urządziła, a teraz urządza się wiosna i wszystko pozmieniała. Czyli jeden wielki bałagan i chaos. Znowu rzeka wylała, a przecież ma urządzone bardzo ładne koryto, kręte, nienudne, zacienione. Bo tak to właśnie jest: urządzanie to przecież nic innego jak tylko zaprowadzanie porządku, próba zapanowania nad wszechogarniającym bałaganem i pozbycia się go raz na zawsze (na przykład przez zasypanie śniegiem i zamrożenie lub zalanie wodą), lecz urządzanie zawsze związane jest z przestawianiem, przesuwaniem, przenoszeniem, przetaczaniem, przerabianiem, przebieraniem i tak dalej, co powoduje nieustanną konieczność urządzania urządzania (bo przecież urządzanie nie może odbywać się w sposób chaotyczny – musi być dobrze zorganizowane, czyli urządzone, żeby mogło przynieść oczekiwane, zamierzone i pożądane efekty), co z kolej wymaga przestawiania przesuwania, przesuwania przetaczania, przerabiania przenoszenia i tak dalej.
A Liberlandia, co widać gołym okiem i bez wchodzenia na dach, ani nawet na najniższy konar najniższego drzewa, wcale nie jest urządzona. I długo jeszcze urządzona nie będzie. Ba! Nigdy nie będzie urządzona!
Zatem urząd będzie potrzebny. Przede wszystkim Urząd Do Spraw Urządzania. Żeby jednak ten urząd pracował, czyli urządzał, bez zarzutu, sam musi być bez zarzutu urządzony. Co znaczy, że zatrudnieni w nim urzędnicy muszą także być bez zarzutu. Czyli idealni. Czyli nie powinni mieć rodzin, krewnych ani znajomych, albowiem posiadanie ich prowadziłoby w sposób nieuchronny do sytuacji, w których pierwszeństwo oddawano by właśnie im, a nie zupełnie obcym i nieznanym petentom posiadającym wszakże dokładnie takie same prawa i również żadnych przywilejów. To świadomość powinna określać byt urzędnika, nigdy na odwrót – urzędnik nie powinien w ogóle zajmować się swoim ciałem, to znaczy powinien posiadać ciało idealne, które nie wymagałoby żadnych zabiegów konserwacyjnych, okresowych przeglądów i badań, nie wspominając o jakichkolwiek naprawach – wykluczone jest picie herbaty w urzędzie, jedzenie kanapek, porozumiewanie się z kimkolwiek w sprawach nieurzędowych, korzystanie z toalety... takie stany jak senność, zdenerwowanie, roztargnienie, przemęczenie, ogólna niechęć do wykonywania zawodu, w ogóle nie powinny być im znane nawet z nazwy.
Ktoś mógłby powiedzieć, że takim wymaganiom sprostałby tylko robot. I gdyby tak powiedział, to by się srodze pomylił. Roboty są bowiem głupie i bezduszne, a urzędnik powinien być mądry, powinien w lot rozumieć potrzeby obywatela przychodzącego do urzędu załatwić jakąś sprawę, powinien wręcz emanować ciepłem, współczuciem i oddaniem. Poza tym roboty czerpią energię, czyli generują dodatkowe koszty, co jest niedopuszczalne – urzędnik nie powinien generować żadnych kosztów, nie powinien zużywać żadnej energii, nawet słonecznej i wiatrowej, powinien być napędzany jedynie własnym urzędowaniem, tak jak prawdziwy artysta, który żyje sztuką i w ogóle nie obchodzą go tak trywialne sprawy jak metabolizm węglowodanów i tłuszczów.
Więc jeśli nie roboty, to kto? Skąd rekrutować idealnych urzędników? Gdzie ich szukać? W gąszczu dzikich róż splatających się z pokręconymi gałęziami chylących się ku ziemi, starych, wyczerpanych jabłoni? Wśród motyli i ciem zachwycających chaotycznym, nieprzewidywalnym lotem? Nie. W opozycji.
Jeśli w państwie jest system wielopartyjny, to urzędnicy wszystkich szczebli powinni rekrutować się z partii opozycyjnej. Wtedy partia, która wygrywa wybory nic nie musi robić, a jeśli nic nie musi robić, to nie musi się z niczego tłumaczyć (musiałaby się tłumaczyć, gdyby coś chciała zrobić, ale to tylko szaleńcy chcą coś robić, kiedy niczego robić nie muszą), za nic nie ponosi też odpowiedzialności i z wyrozumiałością może przyglądać się wysiłkom, a niekiedy nawet męczarniom urzędującej opozycji. Opozycja zaś nie może niczego bezkarnie krytykować i we wszystkim przeszkadzać, nie może być przecież w opozycji do samej siebie; poza tym opozycja zawsze utrzymuje i na każdym kroku to podkreśla, że wie wszytko lepiej, więc wreszcie miałaby szansę się tą lepszą wiedzą wykazać, zaś partia rządząca, która wie wszystko gorzej nie mogłaby obywatelom, w szczególności tym, którzy na nią nie głosowali, tą gorszą wiedzą zaszkodzić. I tak wszyscy byliby uśmiechnięci i nikt by nikomu nie złorzeczył.
Na szczęście w Liberlandii, jak już powszechnie wiadomo, nie ma systemu wielopartyjnego. Nie ma też systemu jednopartyjnego. Nie ma żadnego systemu, więc powyższe rozważania są całkowicie jałowymi spekulacjami, które od biedy można by uznać za niezbyt wyrafinowaną, wczesnopopołudniową gimnastykę umysłu.
A skoro nie ma kandydatów na urzędników, to nie ma też urzędników. A skoro nie ma urzędników, to nie będzie też urzędu. Nawet Urzędu Do Spraw Urządzania. A skoro nie ma urzędu, to nikt Liberlandii nie urządzi. I Liberlandia pozostanie nieurządzona.
No a ja? Trzeba by jeszcze pozbyć się mnie.
Marzenia. Marcowe marzenia.
Takie tam sobie marcenia.
Ojojoj. Nie będzie lekko. No ale cóż – trzeba. Trzeba wreszcie zmierzyć się z tym problemem. Nawet gdyby to miał być tylko wstęp. Pierwszy ruch. Uchylenie drzwi...
Do tej pory wszystko było o państwie, a nic nie było o moim.
Moja ręka. Moje palce. Moja głowa... Tak, to jeszcze jakoś wydaje się oczywiste. Tak oczywiste, że nie wymagające żadnego tłumaczenia. Niczym aksjomaty. Po prostu tak jest i tyle. Trudno sobie wyobrazić, żeby moja ręka była czyjaś. Żebym mógł sprzedać moją ręką i żeby moja ręka nie należała do mnie, przestała być moja, a stała się czyjaś i robiła to, co ktoś inny jej każe, a nie to, co ja jej każę i że ja już nie biorę za jej poczynania żadnej odpowiedzialności. Ja jej nawet nic nie muszę kazać. Ona po prostu wie, co ma robić, bo może jest też tak, że to ja jestem jej i ona, spotykając się z inną ręką mówi do tamtej w ich rękowym, lub ręcznym, języku: to jest mój człowiek... A tamta nic nie powie, tylko lekko się skrzywi dając do zrozumienia, że nie ma się czym chwalić, że może nawet odrobinę współczuje, jednak nie przesadza z tym współczuciem, bo przecież sama też nie jest w lepszej sytuacji...
Moje myśli w mojej głowie... O ileż trudniej teraz. Bo te, które zrodziły się w mojej głowie, które nigdzie poza tą głową nie były, jeszcze mógłbym uznać za moje bez większego wahania. A co z tymi, które do mojej głowy dostały się nie wiadomo skąd? Myślę o tych myślach, że są moje, bo w mojej głowie siedzą, a one przecież nie są moje. Nie wiadomo czyje są. Może nawet niczyje. Już się uwolniły i tak latają po wszechświecie i czasami wpadają do czyjejś głowy i udają, że są z tej głowy właśnie, a przecież nie są.
Podobnie ze słowami. I ze zdaniami. Równie dziwnie. Dziwacznie. Jakoś tak niesamowicie. Aż się robi nieswojo gdy się o tym pomyśli. Bo przecież te słowa nie są moje. Żadne ze słów dotąd tu użytych nie jest moje, jako że żadnego z nich nie stworzyłem, zakładając, że stworzenie słowa wystarczy, żeby powiedzieć o nim „moje” - przecież fonemy i grafemy z jakich by się składało też nie są moje, bo ich nie stworzyłem, musiałbym więc stworzyć także te fonemy i grafemy. Zapewne nie byłoby to takie trudne, lecz gdybym używał tylko moich fonemów i moich grafemów, gdybym mówił tylko moimi słowami, tylko moim własnym językiem i tylko moje myśli wyrażał, to nikt by mnie nie rozumiał. Więc używam naszych słów. Czasami waszych. Niekiedy ich. Jeśli naszych – to także moich. Częściowo moich. A jeśli waszych, to już wcale nie moich – albo tylko odrobinkę moich... I z tych nie moich słów, lub tylko trochę moich, układam zdania i te zdania są już moje. Całkowicie moje. A jeśli tak się zdarzy, że ktoś inny, z tych samych słów, które nie są także jego, ułoży takie samo zdanie jak ja, to wtedy to zdanie będzie jego... Niesłychane. Niewidziane... I będziemy się z tego śmiać, albo będziemy sobie z tego powodu skakać do oczu i gardeł. Oczywiście nie dlatego, że użyliśmy tych samych fonemów i grafemów, lecz dlatego, że utworzyliśmy z nich taki sam ciąg, lub tylko bardzo podobny... Niepojęte.
Napisać o tym, że to niepojęte to chyba przesada. Jakiego bowiem słowa musiałbym użyć rozważając sprawę moich drzew, moich traw, moich kwiatów, moich liści? Nie wiem nawet czy moje myśli wiedzą, że są moje – nie wiem, co one sobie o tym wszystkim myślą. Tym bardziej nie wiem, co wiedzą o tym moje drzewa. Czy one wiedzą o tym, że są moje? Lecz, żeby sprawę skomplikować ponad wszelka miarę, wystarczy pomyśleć, że one, te drzewa, są także tych mrówek, dzięciołów, sikorek, paszkotów, szczygłów i bażantów. I tej wiewiórki z krótkim ogonem najwyraźniej obciętym w okolicznościach, które na zawsze pozostaną dla mnie niejasne – ten krótki ogon uczynił z niej moją wiewiórkę, choć oczywiście znacznie bardziej czyni ją moją to, że skacze po moich drzewach i kradnie moje orzechy. (Czy jednak moja wiewiórka może kraść moje orzechy z mojego drzewa orzechowego i przenosić je na moją lipę? Czy jedna moja książka może coś ukraść z drugiej mojej książki?)
Może jednak być też tak, że to ja jestem jej. Może przecież być tak, że to ona założyła tu swoje państwo i ogłosiła niepodległość i teraz ten orzech, dąb i lipa są jej, jak również wszystkie orzechy i żołędzie są jej i może z nimi robić co chce, a przede wszystkim może je zbierać i przenosić z miejsca na miejsce, ot choćby po to, żeby ten dziwoląg trochę podobny do drzewa, jakże dziwnego drzewa które raz jest tu a raz tam, zdumiewał się i przerażał, że oto pod lipą tyle skorupek; nie dziwiłby się znajdując ogryzki gruszek pod wierzbą, chociaż nie ma tu ani wierzb ani grusz, ale skorupy orzechów pod lipą? Toż to niesłychane. Niewidziane... Może też być tak, że to my, ona i ja, jesteśmy tej lipy. Albo tego dębu, który przewyższa wszystkie inne drzewa i zdaje się najpotężniejszą istotą tutaj. Czyż to jednak nie zasługiwałoby na pobłażliwy uśmiech lub wręcz głośne parsknięcie, niepohamowany wybuch wesołości, gdyby on wyszumiał do rozświergotanego pierzastego pospólstwa: moje ptaki, moje powietrze, moje motyle... Zdumiałyby się ptaki i pospadały z tego zdumienia na ziemię, od zawsze przecież wiadomo, że ten wyniosły dąb jest ich... Czyli czyj: śmigłych, leciuteńkich sikorek czy niezdarnych bażantów?
Bażantów nie. Bażantów są niemiłosiernie splatane zarośla dzikich róż i niskopiennych, prawie płożących się, upadających jabłoni. Bo bażanty są moje. Chociaż ich nie rozróżniam. Nie panuję nad nimi. Nic o nich nie wiem. Nie wiem nawet ile ich jest. Raz pięć. Raz osiem. Jedzą moje jabłka. Jedzą moje winogrona. Czasami nawet siadają na parapecie okna. Mojego okna. Czasami z szaleńczym trzepotem wybuchają obok tej lub innej ścieżki, prawie pod nogami, powodując równie szaleńczy trzepot serca i myśli... A kury nie są moje. Rozgrzebują moja ziemię, wyjadają moje robaki, ale nie są moje. Też nad nimi nie panuję. Też nic o nich nie wiem. Nawet ile ich jest... To nieprawda, przecież wiem, że są czyjeś. Czy to jest wystarczająca definicja pojęcia „nie moje”?
Noc zapada nad moim państwem. Nad ich państwami, które są w moim państwie, pod nim i nad nim, w poprzek i na wskroś. Noc zapada nad moją głową. I w niej też. Jak dobrze... Teraz tylko moje sny w mojej głowie.
Znowu mi się przyśni nie to, co trzeba. A nawet jeśli przyśni mi się iluminacja, to obudzę się i znowu nie będę wiedział co to znaczy, że coś jest moje.
Ani chwili wytchnienia.