Kieleckie historie
1. Miasto leży w dolinie, na kilku delikatnych wzgórkach. Od południa i południowego zachodu osłania je pasmo wzgórz. Na wschodzie jest Bukówka i Telegraf z anteną i wyciągiem narciarskim, a na zachodzie kończy to pasmo wzgórz Karczówka z klasztorem. Miasto na granicy gór i równin. Na północy granicą miasta jest Świnia Góra z największym kompleksem działek w Europie i bokowisko dwóch osiedli. Miasto ma wszystkie atrakcje terenowe, żeby było ślicznie: są górki, lasy, dolinki, oczko wodne z kąpieliskiem, starówka i fabryki północy, na południe płynie rzeka, o której niektórzy mówią, że to Silnica, inni zaś, że to Dąbrówka. Rzeka ta przepływa nieomal dokładnie przez środek miasta, dzieląc je na dwie połowy. W zachodniej części miasta oprócz osiedli znajdują się wszystkie duże zakłady przemysłowe. Nowe, ekspansywne firmy stawiają się głownie w należącej do miasta wsi Dyminy – to na południu, za wzgórzami. Miasto jest niewielkie, w dwie godziny przechodzi się je całe, z postojem na piwo po drodze. Dużo zieleni i wiele urokliwych zakątków.
Początek historii miasta tonie w mroku (1). Osada otrzymała prawa miejskie w ostatniej dekadzie piętnastego wieku, a nadał je arcybiskup Franciszek, akurat p.o. brata w kraju (2). Kiedy to dokładnie było nie wiadomo, ale rajcy założyli sobie pewną datę i tej wersji chcą się trzymać. Franciszek zmarł kilka lat potem na pewną egzotyczną jeszcze wówczas chorobę – kiedyś to byli biskupi, nie to co te cipciaki teraz! Tamci to potrafili się zabawić, popić, orgietkę urządzić, a dziś?
Do zaborów miasto było biskupie, czego widocznym do dziś znakiem jest kielecki watykan. To pokaźny kwartał w centrum miasta z katedrą, seminarium, gmachem kurii, pałacem biskupów i wieloma innymi obszernymi gmachami. Wewnątrz tego obszaru znajduje się skwer. To niesamowite miejsce: Rosjanie postawili tu cerkiew (naprzeciw katedry - to dopiero dowcipnisie!), rozebraną po 1918 r. Za komuny stanęła tu statua Rosjanina, wyzwoliciela. Trzymał pepeszę, a u jego stóp, niczym dwa gończe psy stały dwie armatki ppanc kal. 45 mm. W związku z tym, że stały one lufami na wschód, gdzie o pół kilometra dalej stał gmach KW , w połowie lat 80 panowie z „Solidarności Walczącej” postanowili je nabić i wystrzelić. Po 89 roku pomnik rozebrano, a potem była jeszcze awantura, bo znaleźli się tacy, którzy przywłaszczyli sobie marmurowe płyty z cokołu. Coś z tego zaduchu kruchty wciąż tu wisi w powietrzu. Wszyscy sikali w majtki, kiedy przyjechał papież, a SLD rządzące miastem oddało kościołowi, w zamian za pola zabrane przez komunę, wiele wspaniałych nieruchomości w centrum miasta.
Przez większą część historii Kielce były dziurą, w której nic się nie działo. W 1848 pozwolono osiedlać się tu Żydom, z których kilku wzięło udział w powstaniu styczniowym. W 1905 miało tu miejsce kilka zamachów na carskich dygnitarzy (3). W 1914 przyjechał Piłsudski i tak polubił to miasto, że uczynił je miastem wojewódzkim. Pozostało nam po tym kilka wielkich budynków. Ulokowano tu garnizon, w którym służył m.in. gen Berling. W 1939 i 1945 o miasto walczono, w tzw. międzyczasie miasto stanowiło liczący się ośrodek ruchu oporu różnych orientacji, bo wokoło góry, lasy, w sam raz na partyzantkę. Kielce oczywiście najbardziej znane są z mordu na Żydach w 1946 r.. Wciąż jakoś nic przekonywująco pewnego nie wiadomo, ale nawet jeśli to była prowokacja, to ludność jakoś tak banalnie łatwo dała się sprowokować. Dziś w tej kamienicy mieszkają Cyganie i oni też mają kłopoty z sąsiadami. Żydzi nie byli lubiani, posiadali jedną trzecia ze wszystkich nieruchomości w mieście, okazywali swą wrogość do upadających we wrześniu 39 władz polskich. Słyszałem też historie o Żydówce z NKWD, która w 1945 terroryzowała facetów na ulicach i grożąc im pistoletem zmuszała do odbywania z nią stosunków. Seksualnych. Aby na początku dwudziestego wieku móc wybudować dla ludności żydowskiej specjalny pawilon szpitalny, którego się uporczywie przedstawiciele tej mniejszości domagali, rajcy nałożyli na nich specjalny podatek. Pogrom jest piętnem, które przykrywa inne istotne wydarzenie.
Rok przed pogromem rozbito w Kielcach więzienie. Znajdowało się ono w centrum miasta, na stoku wzgórza katedralnego, nieopodal jednostki NKWD. Łubudubu, strzelanka – nawalanka i oto więzienie rozbite. Więźniowie, oprócz Niemców i kolaborantów, w liczbie 298, zostali uwolnieni. Kpt. Heda, dowodzący akcja, żyje do dziś. Legenda (4) mówi, że po wojnie p. Heda zaprzestał działalności podziemnej, ale kolesie z konspiry postanowili go zmusić do dalszej współpracy. Zadenuncjowali więc na milicję braci kapitana, a ten kierowany tęsknotą postanowił ich uwolnić. Rozwalił więzienie, a braci ani śladu. Koledzy z konspiry nie powiedzieli mu, że milicja rozwaliła ich wkrótce po aresztowaniu. Proponowano mu bis w W-wie i Radomiu, ale odmawiał.
Czy coś jeszcze się tu wydarzyło? Och, był strajk w „Iskrze”, potem rozpędzenie tłumu wychodzącego z katedry w 1982, potem przyszła nowa polska, gangsterskie strzelaniny na ulicach, masowe manifestacje, rząd chciał zabrać miastu rangę miasta wojewódzkiego i przy okazji poseł Olszewski ze Złodziejowa wyleciał z ZChN-u, bo chciał, żeby Kielce dalej były stolicą województwa, a jego partia tego nie chciała. Potem jeszcze Kielce miały trzech prezydentów naraz i już jesteśmy w dzisiaj. Krótka historia, tylko kilka mięsistych faktów i wielka nuda pomiędzy.
1) Aleksander Bocheński pisze o nadaniu nazwy miastu mniej więcej tak, że ma ona swe źródło w istniejącej w tym miejscu osadu smolarzy, co przy okazji rozpowszechnienia idei chrześcijańskich i nieistnieniu w świadomości Słowian żeńskiej odmiany inferno, zaowocowało pierwotnym mianem „pkieł”, bo z tym kojarzyło się piekło – z gotowaniem w smole.
2) Od mniej więcej XIII w. miasto nasze do połowy XVII w. było centrum sporego okręgu górniczo przetwórczego – były to kopalnie, wielkie piece do wypalania metali i potrzebna im infrastruktura, czyli stolarstwo, rymarstwo i działalność rolno hodowlana. Było to źródło dochodów – poważnych – dlatego tak bardzo chcieli mieć te tereny biskupi krakowscy.
3) Pierwszomajowy pochód w 1905 ponoć wyruszył z Białogonu do Kielc, rozbito go dopiero koło Kadzielni – tam wtedy mieszkali zwolennicy socjalizmu.
4) A legenda ta wywodzi się od UB i p. Skwarka. P. Heda mówi o uwolnieniu prawie 800 więźniów i nieistnieniu motywów prywatnych, w czym zresztą bardziej wiarygodny.
2. Ta wielka nuda jest być może zaletą tego miasta, bo miasto wydaje się być spokojne, leniwe. Większość ludności to napływowi z okolicznych wsi. Po wojnie ludność i powierzchnia miasta rosną. Dzięki temu w obrębie miasta znalazło się kilka niesamowitych miejsc. Wiele takich, których magia dawno już wygasła i wiele aktywnych. „Słowo Ludu” kilka lat temu publikowało mapy cieków wodnych w mieście. Do 1989 ich zagęszczenie doskonale pokrywało się z obszarami, gdzie lepiej było nie przebywać w nocy, a i w dzień nie było tam bezpiecznie. Oczywiście na skrzyżowaniu żył stoi katedra, inne ich skupiska to okolice ulic na osiedlu KSM, ul na Czarnowie (5) , osiedle Szydłówek. Czarnów w ogóle przez długie lata był obszarem mitycznego zła wszelakiej maści i jest nim do dziś. Szydłówek traci tą aurę. Kiedyś te osiedla to gity, meliny, kradzieże, rozboje, cały ten socjalny mrok. W mieście zresztą wiele było takich stref mroku, miejsc, gdzie przeciętny człowiek nie powinien był się pojawiać. Po 89 roku te strefy mroku nieco się rozmyły, roztasowały się po terenie miasta jak cętki na skórze tygrysa. Kiedyś były to obrzeża miasta: Malików, Czarnów, Podhale, Krymy, Biesag, Baranówek, Pakosz, Złodziejów, Herby. Od pewnego czasu takiej aury zdołały się dorobić osiedla na północy Kielc, ogromne blokowisko – Na Stoku i Świętokrzyskie, zamieszkałe przez nieomal 50 tys. Ludzi, bez zieleni i jakichkolwiek atrakcji, gdzie wiatr wieje przeciętnie przez 280 dni w roku. Doskonała gleba dla różnorakich szajb, dla agresji i patologii. Są i były strefy mroku nie związane z chybioną lokalizacją domostw. Od dawna są to knajpy, okolice sklepów nocnych i przyosiedlowe zarośla. Każdy kto mieszka w mieście powinien to wiedzieć, bo to elementarne: to miejsca, gdzie ludzie chodzą, aby się wyizolować, a kiedy mimo to spotyka się kogoś, to konflikt jest potencjalnym rozwinięciem sytuacji. Kiedyś takimi strefami były park miejski, osiedle KSM z dwoma knajpami z piwem, bar „Herbski”, sklep monopolowy obok kina „Romantica”, sklep z winami na pl. św. Tekli , a w drugiej połowie lat 80 bar „Panorama” na osiedlu Barwinek.
Kocham to miasto za to także, że jest tu wiele miejsc, zielonych zakątków, gdzie można czuć się swobodnie. Można tam pić alkohol, sikać po krzakach, biegać z gołym tyłkiem, palić ogniska, albo swadźbić. Jeden z moich kolegów z pracy opowiadał mi o ciekawej zabawie, jakiej oddawali się z ziomkami ze Złodziejowa. Chodzili w lecie do lasu na Telegraf i polowali na parki. Zabierali im ubrania, ściągali facetów za nogi z kobiet, aby dostać pieniążki na alkohol. Na wschodzie miasta jest Świnia Góra, teren spacerów lokatorów osiedli Na Stoku i Świętokrzyskiego, gdzie nieodpowiedzialne władze miasta zgodziły się na polowania. Na północy jest jeszcze zalew na tej rzece, o której już wspominałem, i jej zalesiona dolinka. Na zachodzie jest Karczówka , okoliczne wzgórza pokryte skałami, zagajnikami, polami, krzewami owocowymi. Całe południe Kielc wspiera się o Pasmo Posłowickie, wzgórza porośnięte gęsto lasem bogatym w jagody, grzyby. Żyje tu wiele gatunków zwierząt. Z lasu tego można bez problemu wejść na teren, który obecnie zajmuje jednostka policyjna. We wschodniej części miasta znajduje się kamieniołom Wietrznia, gdzie od czasu do czasu ktoś robi sobie krzywdę. Ludzie obsuwają się po stromych ścianach albo zaklinowywują się w ciasnych jaskiniach. W centrum miasta jest park z oczkiem wodnym i źródełkiem, deptak wzdłuż rzeki i kamieniołom Kadzielnia, z wysoką skałą, z której skaczą samobójcy, z jaskiniami punków i skinów, i z amfiteatrem znanym z imprez masowych. Oczywiście to, co uchodzi na peryferiach, jest ścigane i tępione w centrum. Już nie mówię o paleniu ognisk, choć kilka lat temu zdarzyło nam się palić ognisko na przystanku MZK na Sadach, ale nawet banalne picie piwa może skończyć się niemiłą scysją z pilnowaczmi porządku.
Różnica pomiędzy tym, co kiedyś, a tym, co teraz, leży w estetyce przede wszystkim. Teraz jest ładnie i kolorowo, przedtem było siermiężnie – ten lecący na głowy tynk w nachlajni na ul. Piecka, faceci walący bez orientu w japę na placu Św. Tekli i w „Herbskim”, wszędzie smród, chrzczone piwo, brak miejsc, brak kufli. Dziś nie stoisz po kostki w mieszaninie szczyn i piwa, ale wciąż spotykasz ludzi, którzy chcą cię obrać z moniaków albo wypipczyć. Alternatywa w postaci miejsc zielonych istnieje, nie ma więc co narzekać. Jest gdzie spędzać czas poza kontrolą, wedle własnego widzimisie, nie przeszkadzając innym. Są też miejsca, które pewnie kiedyś cieszyły się specyficzną renomą, bo nazwy Uroczysko, czy Złodziejów mają swoją wymowę, ale dziś te nazwy z niczym się już nie łączą.
5) Choć tu akurat może mieć to swe źródło w tym, że jest to osiedle w pełni komunalne, a nie spółdzielcze.
3. Miasto jako duże skupisko ludzkie ma swój poważny minus. Proporcjonalnie do liczby ludności duża jest też ilość wydalanych zanieczyszczeń. Symptomatyczne dla tego miasta jest to, że status prawny głównego kanału kanalizacyjnego odprowadzającego ścieki z miasta do Sitkówki przez Białogon, jest mocno wątpliwy. Ścieki do rzeki wydala co prawda niezbyt wielu gości, ale niektórzy z nich robią to bardzo efektownie. Paru bonzów mieszkających na osiedlu Dąbrowa robi to nagminnie, sąsiedzi donoszą, ale Straż Miejska reaguje bardzo apatycznie. Kilka lat temu opisywały to gazety, dziś goście może założyli sobie szamba – może na koszt miasta? PKS-owi przy ul Zagnańskiej nieco puszczają zbiorniki z paliwem. Kiedy Silnica przybiera, zalewa domy przy ul Krakowskiej zbierając wiele brudu z podwórek. O wiele poważniejszy problem jest ze śmieciami. Nie ma pomysłu, co z nimi zrobić. Ze ścieków kanalizacyjnych wytwarzany jest prąd i ciepełko w elektrociepłowni w Nowinach, ale co zrobić z PETami, za szkłem, makulaturą? Wprawdzie władze wystawiają pojemniki do segregacji odpadów, ale na wysypisku i tak wszystko trafia na jedną kupę i była o to niegdyś spora awanturka – o wysypisko oczywiście. Gmina Strawczyn chce się tego obiektu pozbyć, ale nikt nie chce dać miejsca na nowe wysypisko. Aktualnie użytkowane powinno być zamknięte, za jego używanie płyną z Kielc grube pieniądze, ale władze jakoś nic nie wymyślają w temacie zmniejszenia ilości śmieci. Wysypisko emituje stada zdziczałych psów i kotów, szczurów i robactwa, a także inne produkty mrocznych ścieżek ewolucji. Poprzednie wysypisko w Mójczy rekultywowano i dziś jest tam staw i działki, ale to obecnie istniejące... Oprócz oficjalnego są i wysypiska tzw. dzikie. Złodzieje samochodów wrzucali wraki do glinianki w lesie za Biesagiem. Droga kończyła się tam urwiskiem, pod którym jest lustro wody. Co jakiś czas policja wydobywa te wraki. Innym dzikim wysypiskiem były kiedyś tzw. doły Siekluckiego, czyli wypełnione wodą wyrobiska po cegielni. W 1945 wycofujący się Niemcy wrzucili do nich broń i amunicję, które potem podnosili z dna nurkujący chłopcy. Dziś doły są zasypane, a na ich miejscu jest rondo i największe w mieście bazary. Militaria nie zostały wydobyte przed zasypaniem.
Bazary te i drobny handel detaliczny to z kolei mroczna twarz miasta. Tak przynajmniej są one postrzegane przez władze miasta. Walczą one z pijackim uporem z tymi drobnymi handlarzami. Pauperyzacja społeczeństwa po epoce Gierka spowodowała wzrost popularności drobnego handlu . Motywując swe działania względami estetycznymi, władze likwidują place targowe rozmnożone po 1989, o ile nie napotykają na stanowczy opór. Zlikwidowano już place na osiedlu Świętokrzyskim, obok kina „Romantica”, ( potem miasto przegrało wiele spraw o usunięcie kupieckich kramów ), wiele miejsc handlu w pasażach handlowych na osiedlach i w centrum miasta. Największe kieleckie bazary, przy ul Seminaryjskiej, te na miejscu dołów Siekluckiego, też próbowano zlikwidować, przenosząc je do podkieleckich Dymin, ale nikt z handlujących nie chciał się przenieść na tamten plac. Udało się władzom usunąć kupców i drobnych rzemieślników z deptaka, czyli ul. ienkiewicza, choć nie obyło się bez walki – budkę szewca szturmowała brygada komandosów. Kupcy z placu Wolności jeszcze stawiają opór, choć władza odmawia podjęcia z nimi jakiegokolwiek dialogu i szykuje się do kolejnego siłowego rozwiązania sprawy. Oczywiście coraz mniejszy jest udział w handlu bazarowym drobnych producentów, a coraz większy drobnych dystrybutorów, choć i dziś rzemiosło ma znaczny udział w towarach dostępnych na targu. Ale to już nie to, co kiedyś. Z młodości pamiętam rozkoszne, czarno białe zdjęcia porno oferowane na bazarach. Modele na zdjęciach wyglądali tak przeciętnie jakby fotki pstrykano na melinie wczoraj wieczór. Dziś takie towary są już niedostępne.
Jak każde miasto, Kielce mają zbyt duży ruch samochodowy skutecznie blokujący ulice w okolicy centrum miasta. W lecie, z okolicznych wzgórz można podziwiać widoczną w słońcu chmurę smogu widoczną nad miastem. Trzeba jeszcze wspomnieć o tytanach, którzy brudzą nietypowo. Tak jak facet, który banalnie tanio wypróżniał ludziom szamba, wylewał ten syf w swoje ziemniaki, a te rosły nad podziw dorodne. Tyle, że śmierdziały gównem. Albo ten, którego ostatnio złapali, bo karmił swoje świnie padłymi kurczakami (smród nie do opisania). Widziałem go w telewizji, gdy mówił, że jego świnie mają w ogóle urozmaicony jadłospis, bo oprócz drobiu dostają też czekoladki. Nikt jednak nie chce w nich widzieć pionierów nowego.
4. Z pewnością jest coś w atmosferze tego miasta, bo ludzi nietuzinkowych, bohaterów, świrów i tłuszczu kapitalizmu u nas dostatek. Zwłaszcza jak na skalę i znaczenie miasta. Kilka postaci na skalę krajową. Jak chyba wszędzie, tak i tu miasto należy praktycznie do najbogatszych. Do połowy lat 90 taką firmą był „Exbud”. Mieli wszystko, czego trzeba: radio, gazetę i kilkanaście zakładów różnych branż. O „Exbudzie” mówiło się tylko wtedy, gdy dostawał nagrody, a poza tym cicho-sza. Potem na czoło wysunął się „Echo Investment”. Zaraska, prezes „Exbudu”, w czasach jego szczytowej potęgi zlokalizował jego centrum dowodzenia w czarnym kaflu przy ul Manifestu Lipcowego. Sprowadził też do firmowej knajpy dwa tukany dla ozdoby. Pewnego dnia – to legenda - do knajpy przyszedł Michał Sołowow, już wówczas prezes firmy, która przerosła „Exbud”. Nie lubili się z Zaraską i aby dać wyraz swej dominującej pozycji, Sołowow zarządał, aby podano mu jednego z ptaków . A gdy mu odmówiono, domagał się podania na obiad Zaraski i wyraźnie chciał sprowokować konflikt. Dziś Zaraska nie jest już prezesem, ale, ponoć, konsultantem – to efekt umów o nie działanie na szkodę firmy po spadku ze stołka, za co zresztą dostaje kupę kaski. Na fotel wyniosło go PZPR, zawsze więc dobrze żył z tą ekipą i jej kontynuatorami. Sołowow jest nowym człowiekiem na nowe czasy. On się nie przyjaźni, on traktuje SLD z pozycji siły, bo jest chyba najpoważniejszym pracodawcą w mieście. Być może to dzięki temu wszystkie jego ścieżki są proste. Kiedy budował rezydencję za Masłowem, dostał bez problemu zgodę na ścięcie stoku góry na terenie rezerwatu.
Z Kielc pochodzi kilku nietuzinkowych polityków. Pierwsza twarz, jaka dziś przychodzi mi na myśl to Juliusz Braun, przewodniczący tej firmy od abonamentów. Nasz czołowy mieszacz, Jerzy Stępień, od kilku lat nie pojawia się w mediach zbyt często, ale gdzieś się w warszawce załapał. Zaczynał jako radca prawny w „Iskrze”, potem przykleił się do nowopowstałej „solidarności”, sypiał namiętnie w katedrze na styropianie, a po 89 roku załapał się do władzy i tam już robił wszystko, aby idee „solidarności” stały się martwą literą. Był jednym z tych, którzy proponowali odebranie miastu rangi miasta wojewódzkiego. W 1989 to on typował kandydatów na senatorów i posłów z listy „solidarności” i tak to zrobił, że kilku takich tam trafiło podejrzewanych powszechnie o współpracę z SB. W latach 90 stał się znany z dwóch numerów. Kiedy na spotkaniu w terenie z ludnością usłyszał, że pewien pan publicznie wyrażał się bardzo niepozytywnie o prezydencie Wałęsie, złożył donos do prokuratury. Był na to paragraf i w tej sprawie został użyty po raz pierwszy. Potem pan Stępień poszedł do sklepu i zobaczył jak podpity facet kupuje sobie winko. Podkablował ekspedientkę do prokuratury, bo według niego facet był podpity. Ekspedientka widziała, że facet był trzeźwy, nigdy go zresztą nie odnaleziono i choć było ich w sklepie tylko troje, sąd uznał, że pan Stępień widział lepiej. No i babie trach! Kolegium.
Było też kilka postaci mniejszego formatu, ale efekty ich działań przerastały Stępnia i Brauna, skalą i siłą rażenia. Na liście tych postaci powinien pojawić się Bogdan Ciesielski, dwukrotny prezydent miasta. Facet ten obiecał w imieniu miasta sprzedaż udziałów, za co potem miasto musiało zabecelować 100 000 dolarków. Nie miał też skrupułów, aby za jeden dzień niepełnienia funkcji prezydenta (akurat Rada Miasta zmieniła zarząd a on był prezydentem w obu) pobrać półroczną odprawę. Rozliczenie jego rządów wywołało taką awanturę wśród rajców, że prezydenci zaczęli mnożyć się w mieście jak króliki. Tuż za Ciesielskim, należy wymienić J. Frydrycha, komendanta miejskiego policji. Uznał on, że policjanci nie dość sprawnie działają w interwencjach dotyczących tych najgroźniejszych przestępstw. Zorganizował ćwiczenia, w czasie których ubrani po cywilnemu antyterroryści porwali radiowóz patrolowy i jeździli nim po mieście prawie godzinę nim reszta policji zaskoczyła, że coś się dzieje i ustawiła blokady. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że obie ekipy miały gany z ostrymi, a porwani policjanci nie wiedzieli o ćwiczeniach. I nic się nie stało, czyli policjanci byli ewidentnie dupowaci. To jednak było za miękkie. No więc kilka pozorowanych rabunków na stacjach benzynowych (to cud, że i tu chłopaki się nie postrzelały, bo ochrona stacji też miała broń, a nie wszystkich zdążono uprzedzić o akcji), a potem obława, śmigłowce, akcja, w którą zaangażowano olbrzymie środki. Być może chciał dobrze, ale był za twardy jak na to miasto, podziękowano mu więc. Uprzednio policjanci wielokrotnie sugerowali, że decydujący wpływ na niską skuteczność ich działań ma przekupność prokuratury, zwolniono więc komendanta policji.
W kilka lat później Rada Miasta odwołała Zarząd i powołała nowy. Stary z Borkowskim na czele odwołał się od tej decyzji do wojewody Płoskonki, a ten ujął się za nimi. Po tej decyzji Borkowski zmobilizował sprzyjającą mu Straż Miejską i szturmem zajął ratusz. Walczono o pieczęcie, kradziono sobie prywatne zapasy (soków...). Wyrzucono też i wiceprezydenta w obu zarządach, Stępnia (ale tu nie chodzi o tego senatora). Nikt nie przejął kompletu: telefonów, pieczątek, kont i lokalu, sytuacja była więc patowa. Prezydent Jędrzejkiewicz już zaczynał działać, kiedy wkroczył komisarz rządowy, Scelina. Namówiony przez wojewodę premier nasłał go tu, aby trzymał porządek do czasu wyborów albo orzeczenia NSA. Przy okazji komisarz załatwił kilka interesików, które napotkałyby silny opór, gdyby rajcy pracowali normalnie. Tuż przed wyborami NSA ogłosiło, że prawidłowy jest ten zarząd z SLD kierowany przez Jędrzejkiewicza. Tym, którzy nie brali pensji przez to całe zamieszanie, teraz trzeba było ją wypłacić. Niezłe walnięcie miasta na kasie: zamiast jakiejś inwestycji pensja dla kilku patafianów. Już po wejściu do akcji trzeciego, rządowego prezydenta, członkowie dwóch poprzednich ekip pobili się w knajpie na Karczówce. Mordobicie rozpoczął Borkowski z kolegami. Prezydenci rządzą: ostatnio pijany wiceprezydent rozwalił swój wóz o barierkę między pasami ulicy.
Oprócz kryptoświrów i świrów amatorów, są też i świry patentowane. Choć są najbardziej widowiskowi, są też najmniej groźni. Często po prostu niesmaczni. Jest ich coraz mniej, bo są zbyt słabi, by przetrwać w tej nieprzyjaznej człowiekowi rzeczywistości, coraz częściej zamyka się ich w DOS-ach. Do początku lat 90, po ulicach tego miasta przewijało się masę ciekawych postaci. Obyczajowo targał miastem harcmistrz ZHP Toły. Był instruktorem nauki jazdy na motorze, raz więc zjechał z rynku z jajcami wyłożonymi na bak motocykla. Poza tym natrętnie molestował seksualnie chłopców. Jeszcze żyje. Kolejnym herosem seksualnym był, również żyjący do dziś, ale już nieaktywny, Maharadża. Ten koprofil nagabywał bywalców toalet publicznych proponując im oddanie kupy do słoika albo na swoją twarz. Do słoika kosztowało prawie dwa wina, a na twarz drożej. Cóż za niezwykłe upodobanie! Kielce mają też swoją heroinę wolnej miłości. Hela Rokoko, wysoka i koścista, atakowała kilkakrotnie ludzi wytykających ją na ulicy palcami. Pipczyła się za pieniądze, czasem z uczniami w czasie długich przerw, gdzieś w zakamarkach szkolnych boisk, wcale się z tym nie kryjąc. Kilka lat temu przestało być głośno o Władku. Ten znany kielecki hepener był dyżurnym gorszycielem. Ostatni raz widziałem go, gdy sikał w spodnie na, nomen-omen, placu Wolności. Miał stały image: płaszcz lub garnitur obowiązkowo przewiązany sznurkiem, kaszkiet, gumiaki i torby, siatki. Nieogolony i woniejący stawał na środku kieleckiego deptaka i podszczypywał przechodzące kobiety. To samo robił w autobusach. Warto jeszcze przypomnieć pewien jego patent. Stał sobie raz w autobusie z jedna ręką na temblaku, drugą trzymając się uchwytu, i poprosił stojąca obok panią o wyjęcie mu z kieszeni spodni biletu. Pani sięgnęła, a tam ani kieszeni, ani biletu, ani nawet majtek. Niespodzianka. W połowie lat 80 widziałem go, gdy prowadził obnośną melinę z winami, o które było wtedy trudno na rynku. Chodził po mieście z torbą pełną prytów i mruczał: wino, wino. Na początku lat 90 pałający do niego sympatią cinkciarze kupili mu garnitur i białą koszulę. Wkrótce potem pewna firma organizująca festiwal country użyła jego zdjęcia do wykonania plakatu reklamującego imprezę. Plakat był stylizowany na list gończy z czasów dzikiego zachodu , co Władka bardzo przeraziło. Pewien znany w mieście adwokat, aby budować swą popularność przed zbliżającymi się akurat wyborami, podjął się nieodpłatnego reprezentowania interesów Władka w sądzie. Ale, czy to adwokat się znudził, czy utarło się na niczym, więc od pewnego czasu o sprawie jest cicho.
Są oczywiście i bohaterowie zbiorowi. Mam tu na myśli subkultury i to, co z nich wyrastało. Hipisom poza układami towarzyskimi udało się stworzyć komunę, w której żyło im się nieźle do momentu rozbicia jej masowymi wezwaniami do woja. Było to na początku lat 80. Istniała już wtedy liczna ekipa punx, z własnym klubikiem na Czarnowie i kilkoma zespołami, z których jeden, „Dekret” istniał jeszcze w latach 90. Wydarzeniem był pożegnalny koncert „Martwych Dziewic” na dachu wieżowca w 83 roku. Punków posądzano o sympatie profaszystowskie, bo powszechnie używali swastyki jako prowokacyjnego symbolu. Media uznawały to za deklarację ideową, gdy był to tylko celowo zadany szok. Władze dążyły do tego, by wszyscy utożsamiali punc z chuligańskimi naprawiaczami porządku, czyli z ekipą MOST (młodzieżowa organizacja sadystyczno terrorystyczna). W PRL-u wszystko, co rodziło się bez przyzwolenia władz było uznawane za wrogie. Punków inwigilowano więc nakładając na nich coś w rodzaju dozoru policyjnego, tzn. wzywano ich po każdym włamaniu do kiosku, po każdym pobiciu w okolicy zamieszkania załoganta.
Ingerencja władz w życie subkultur zrodziła różne pomysły oporu. Pojawiło się więc kilka grup o wyraźnym obliczu ideowym. Początkowo środowisko przypominało raczej bohemę artystyczna, by od połowy lat 80 stać się glebą rodząca radykalne inicjatywy. Były to: WiP/MA-FA, młodzieżówka „Solidarności Walczącej”, FMW, NZM, KPN, grupa artystyczna „Jakim Prawem”. Opowiem o nich pokrótce. WiP/MA a obecnie FA działa od 88 roku do .... Dziś ta działalność jest bardzo anemiczna, a okres największej aktywności przypada na przełom dekad 80 – 90. Dorobek to kilkadziesiąt akcji, od ulicznych pikiet i manifestacji, poprzez happeningi, sadzenie drzew i akcje bezpośrednie. Organem prasowym była „Lokomotywa bez nóg”, której ukazało się 24 numery. Federacja Młodzieży Walczącej miała ambicje być organizacją prawicową, ale najlepiej wychodziło im zdobywanie dotacji. Poza tym przyłączali się do akcji robionych przez inne ekipy. Część ludzi z tej ekipy tworzyła później kielecką Partię Wolności, usiłująca przyciągnąć na siebie uwagę organizowaniem fikcyjnych prowokacji policyjnych. KPN zdołał nawet wprowadzić swoich ludzi do parlamentu i władz miasta. Pierwszym komendantem Straży Miejskiej został człowiek KPN-u, R. Strząbałą. Młodzieżówka „SoWy”, poza przygotowaniami do podjęcia walki partyzanckiej, kolportowała ulotki i wykonywała akcje bezpośrednie. Po 89 roku ludzie z tej ekipy tworzyli ekipy prawicowe, albo komunistyczne. Grupa artystyczna „Jakim Prawem” zorganizowała kilka wystaw malarstwa, co w latach 80 też nie było takie proste, o ile odbywało się poza oficjalnymi instytucjami, kilka koncertów połączonych z happeningami. Tworzyli wiersze, obrazy i filmy. Niewątpliwie najciekawszą ekipą było Niezależne Zrzeszenie Młodzieży, zorganizowane przez porucznika SB. Skupiało ono wąchaczy kleju i kibiców. Mimo deklaratywnej prawicowości sprawiali wrażenie bolszewików. Pod koniec lat 80 kilkakrotnie próbowali dać milicji powody do użycia siły wobec manifestacji, proponując blokady ronda, któregokolwiek, albo obrzucanie koktajlami mołotowa gmachu KC. Z tej ekipy wyrosło potem zadziwiająco wielu skinheadów. Oczywiście oprócz punx było tu wiele innych załóg. Część z nich była ewidentnie wsobna, inne starały się uzyskać jakiś wpływ na swe otoczenie. Metalowcy byli wsobni, agresywnie nastawieni do otoczenia. To niesamowite środowisko: od artystów i wizjonerów, do złodziei i bandziorów. Jedyną ich poważną akcją był udział w wielkim planie skinów. Była to masakra publiczności koncertu punkowego w WDK w 89 roku. Wspomniany plan polegał na tym, że skini wespół z metalowcami mieli załatwić wszystkich punków, a potem skini mieli wykończyć wszystkich metalowców. Podjęto tylko jedna próbę realizacji tego planu. Skini jeszcze wielokrotnie występowali publicznie, sprawniej jednak niż artykułowanie jakichkolwiek treści zawsze wychodziło im bicie. Morderstwo w klubie „Pod Krechą” jest najbardziej znanym ich występem. Dziś znaczącą ekipą są hiphopowcy. Wiele z ich murales zdobi mury miasta, choć wiele z nich zostało wykonanych i sponsorowanych, aby zlikwidować miejsce na potencjalne niechciane hasła. Kieleckie zespoły tego gatunku należą do najlepszych w kraju. Kilkakrotnie różne grupy łączyły swoje siły, o jednym z przykładów pisałem ciut wyżej. Początkowo wielką popularnością cieszyły się akcje Owsiaka i Kotańskiego, potem, w 1989 były wspólne demonstracje i okupacje budynków, potem zbieranie podpisów pod petycjami, utrzymywanie przez kilka lat piwnicy z salami prób prze kilkanaście zespołów muzycznych – to już połowa lat 90, a także wspomniane sadzenie drzew na osiedlach Na Stoku i Świętokrzyskie.
6) To zresztą też już legendarne historie, obecnie bowiem drugi z nich stracił zainteresowanie polityką i zajął się sportami motorowymi.
5. Dziś mamy, po raz pierwszy od wielu lat, prawicowego prezydenta. Spotykam ludzi, którzy się z nim zetknęli – w „Chemadinie” i dziś. Z tego, co sam widzę nie pociągnęło to za sobą znaczących zmian co do działań władz miasta – cały czas cukierkowanie centrum miasta, mnożenie knajpek , połączone z olewką peryferii i zagospodarowaniem działek nad zalewem. Widoczną zmianą jest dodanie do wyznaczonych przez rządy SLD tendencji stawiania pomników i obelisków – czasem tak wziętych zupełnie z czapy, jak pomnik ofiar 11 września...
Dziś Kielce mają niemile wysoki wskaźnik bezrobocia.
Dziś wciąż jeszcze pracują wszystkie większe zakłady pracy – żadna z fabryk nie upadła do końca, wszystkie działają. Doszło do tego także kilka nowych, realnych i wirtualnych.
Dziś w Kielcach możesz wypić kieleckie piwo.
Dziś w Kielcach jeszcze się żyje. Miło na dodatek.
http://historiekieleckie.blox.pl/html
Wojtek Wytrych
|