Dorota Miśkiewicz: Czasem bywam rozbawiaczem

Skrzypaczka i wokalistka - córka słynnego saksofonisty, Henryka Miśkiewicza, po prostu Dorota Miśkiewicz.



Przez wiele lat śpiewała w chórkach Ewy Bem, Kayah i Anny Marii Jopek. Współpracowała m.in. z Włodzimierzem Nahornym, Nigelem Kennedym i Grzegorzem Turnauem.

Rozmawiamy na kilka godzin przed koncertem w ramach Targów Kielce Jazz Festiwal Memorial to Miles 2009. Zaskakuje swoją normalnością i zdrowym podejściem do pracy. Między jednym, a drugim kęsem szarlotki Dorota Miśkiewicz opowiada o tym, co było, co jest i co mogłoby się zdarzyć.

Jutro jest koniec świata, a Dorota Miśkiewicz chce jeszcze coś zdziałać w muzyce. Co byś zrobiła w takiej sytuacji?

Nic bym nie zrobiła! Muzyka jest istotna, ale nie aż tak, żeby w ostatni dzień świata myśleć o niej. Mało tego – jeśli ten koniec miałby nastąpić, to chyba nikt z nas nie chciałby o tym wiedzieć. Gdyby jednak zjawił się u mnie anioł i obwieścił, że to koniec oraz dodał: „nie panikuj, to na nic się nie zda”, pojechałabym pewnie na działkę i tam sobie spokojnie czekała w cieniu przyrody, na pewno z jakimiś dobrymi, bliskimi ludźmi, żeby nie być samą. Być może pośpiewalibyśmy wszyscy razem, ale ja na pewno nie marzyłabym wtedy o występie z gwiazdą. Najważniejszy byłby wtedy dla mnie aspekt bycia razem z najbliższymi.

W Twoich utworach często słychać etniczne naleciałości. Czy myślałaś kiedyś o wykorzystaniu polskiego folkloru?

Lubię polski folklor, ale nie znam go na tyle, żeby wykorzystywać jego elementy. Poza tym dużo z folkloru czerpie Ania Jopek. Nie widzę sensu, żebym miała powielać ten schemat. Tak czy owak wiele osób zarzuca mi, że jestem zbyt podobna do Ani. Byłby to chyba tylko kolejny pretekst dla złośliwych.

Często można Cię usłyszeć w duetach. Czy któryś z nich wrył Ci się szczególnie w pamięć?

Na pewno duet z Cesarią Evorą. Śpiewanie z nią nie należy do codzienności. Niestety, nie widziałyśmy się na nagraniu… Szkoda, że miało ono miejsce osobno, później tylko zostało wysłane pocztą elektroniczną i zgrane na komputerze. Przede wszystkim spotkanie Cesarii na scenie było czymś niezwykłym. Nie chodzi tylko o nią samą, ale także o jej zespół i egzotykę całego przedsięwzięcia. To coś zupełnie odmiennego od naszej muzyki; ci muzycy grają inaczej, niekonwencjonalnie z mojego punktu widzenia. Fajnie było mieć z nimi do czynienia.

A jak wspominasz współpracę z Grzegorzem Turnauem? To przygoda, która chyba wciąż trwa?

Bardzo lubię tę naszą współpracę, podoba mi się, jak brzmią razem nasze głosy. W ogóle obcowanie z nim wzbogaca i inspiruje mnie. Nie wiem, jakby wyglądało moje życie muzyczne, gdybym go nie spotkała na swojej drodze. To było bardzo ważne i przełomowe wydarzenie w przebiegu mojej tzw. kariery. Ciekawym okazał się również duet z Grzegorzem Markowskim. To jest coś jeszcze innego – spotkanie dwojga różnych postaci. Poprosiłam go, żeby zaśpiewał w balladzie, dzięki czemu ujawnił swoje łagodniejsze oblicze i niezwykłą muzykalność.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że lubisz śpiewać piosenki, do których muzykę skomponował Jerzy Wasowski. Przychodzi mi na myśl angielska wersja „Dla ciebie jestem sobą”, czyli „I Am The Way You Want Me” z albumu Twojego Taty. Czy w Twoich planach pojawił się pomysł nagrania piosenek z Kabaretu Starszych Panów?

Wielu ludzi już to zrobiło przede mną. Żyjemy w świecie, w którym wszyscy oczekują czegoś oryginalnego i nowego. Nie wiem, czy umiałabym znaleźć nową formułę na te piosenki. Zresztą uwielbiam je w tej klasycznej formie i na pewno będę je śpiewać tu i ówdzie. Kiedyś Jan Borkowski z Programu Trzeciego Polskiego Radia wpadł na pomysł: mianowicie uznał, że utwory Jerzego Wasowskiego powinny mieć angielskie teksty. Dzięki temu można by pokazać je światu, a polska publiczność dostrzegłaby ich jazzowy charakter. Tak m.in. powstało „I Am The Way You Want Me”.

To byłby chyba ciekawy projekt...?

Tych tłumaczeń jest więcej. Jerzy Siemasz napisał teksty angielskie, które zostały wykonane przez różnych wokalistów. Być może Polskie Radio podejmie się wydania materiału, bo całość już jest nagrana.

Dziś, kiedy wszyscy wykonawcy stawiają na oryginalność i charakterystyczność, Ty zdajesz się iść inną drogą – pełną banalnej radości życia. Czy nie jest to droga trudniejsza?

Nie zastanawiam się nad tym. Każdy robi to, co mu w duszy gra. Staram się być w jakimś sensie oryginalna, ale ma to zupełnie inny wymiar. Żeby zaskoczyć brzmieniem, zaprosiłam do współpracy brazylijskiego perkusistę Guello. Dzięki temu album „Caminho” nabrał trochę niecodziennego charakteru. Próbuję łączyć dwie rzeczy: radość z muzyki, którą mogę przekazywać innym, oraz nutę melancholii. Czasem bywam rozbawiaczem, ale lubię również utwory skomplikowane – takie, nad którymi słuchacz się zaduma, zastanowi. Te dwa nurty często przeplatam ze sobą. A czy to jest trudne, czy proste – nie wiem.

Pogdybajmy. Temat Twoich koligacji rodzinnych już chyba został wyczerpany. A gdybyś urodziła się w innej rodzinie i w innym miejscu, też zajęłabyś się muzyką?

Nie mam stuprocentowej pewności. Faktycznie, wyrastałam w takim domu, w którym trudno było nie zostać muzykiem, gdzie każda minuta wypełniona była muzyką albo rozmową o niej. Być może, gdybym urodziła się w innej rodzinie, nie śpiewałabym i nie grała. No i miałabym inne geny.

W jednym z programów telewizyjnych rozmawiałaś na temat przyjaźni. Czy coś takiego ma szansę istnieć w show biznesie?

Chyba nie przyjaźnię się z nikim z show biznesu, ale utrzymuję dobre, koleżeńskie stosunki z wieloma osobami. Myślę, że jest tam miejsce na przyjaźń, jest też sporo zazdrości, szczególnie w świecie śpiewających pań. Możliwe, że to taka kobieca cecha.

Nie masz wrażenia, że to raczej cecha ogólnopolska?

Tak, zawiść to nasza cecha narodowa. Muszę jednak zaznaczyć, że na przykład w czasie festiwalu w Opolu, w kuluarach następuje takie zjednoczenie artystów, które przywraca wiarę w ludzi i show biznes w ogóle.

Wróćmy do „Caminho”. O czym jest ten album?

Nie ma jednego tematu, który jest tam obecny. Pojawiają się piosenki o miłości – spełnionej i niespełnionej; humorystyczne, czyli „Magda, proszę” albo „Jeśli chcesz spokojnie życie przejść”. Wszystkie, może poza „Magdą…”, są przepełnione jakąś tęsknotą za tym, czego być może nigdy nie zdobędziemy.

„Caminho” wydano rok temu. Masz już za sobą trasę promującą album. Co dalej?

To takie pytanie, na które nigdy nie odpowiadam. Dopóki nie mam zrobionego i nagranego materiału, boję się zapeszać. Pomysłów wpada do głowy dużo, ale żaden nie jest konkretny. Myślę o nagraniu płyty DVD – mogłabym pokazać ludziom siebie nie tylko taką, jaką bywam w studiu, ale i na żywo. Stojąc nieruchomo przy mikrofonie, ze słuchawkami na uszach nie potrafię się przemóc i pokazać pazura, a na koncercie jest to prostsze. Marzy mi się to, tak samo jak nagranie starszych, znanych i lubianych utworów – nie wiem jednak, czy się zdecyduję na którąś z tych opcji. Daję sobie jeszcze rok na przemyślenie.

Dziękuję za rozmowę!



Rozmawiała: Magdalena Wach


Data publikacji: 15-12-2009 o godz. 20:45:01, Temat: Muzyka

Artykuł pochodzi z serwisu Wici.Info http://www.wici.info
Link do artykułu: http://www.wici.info/News,dorota_miskiewicz_czasem_bywam_rozbawiaczem,12057,html