Krzysztof Kasowski: Cieszę się z tego, co mam

Krzysztof „K.A.S.A.” Kasowski, pochodzący z Kielc muzyk - wokalista, kompozytor, autor tekstów, a także jednej (na dzień dzisiejszy) powieści - mimo zaledwie dwudziestoletniej obecności na scenie, już kilkakrotnie był przez media ogłaszany ojcem...



Jego dzieci to: pierwszy kielecki skład rapowy Zespół Downa, Kapela z Miasta Kielce, lokalne nagrody muzyczne Scyzoryki, wreszcie książka pt. „Kontrakt”. Jest zadowolony ze swoich dokonań, ale myśli też o młodszych kolegach z branży. Jednym chce podać pomocną dłoń, innych ostrzega, aby lepiej tej drogi co on nie wybierali.

EM: Słowami swojego najnowszego hitu zachęcasz słuchaczy, aby cieszyli się z tego, co mają. Sam musisz chyba być zadowolony ze swoich osiągnięć po 20 latach obecności na scenie?

KKK: Na pewno jestem zadowolony. Co prawda nigdy nie byłem w pierwszej lidze muzycznej w Polsce, może na wierzchołku drugiej - kiedy było „Macho”, a później „Piękniejsza” - ale i tak to jest więcej niż sobie wyobrażałem. Zdaję sobie sprawę, że zwłaszcza w obecnym czasie jest dużo utalentowanych osób, które nie mają tyle szczęścia co ja, więc rzeczywiście cieszę się z tego, co mam - że jakiś tam talent mam... Gram cały czas, co kilka lat nagrywam hit. Udaje mi się z tego żyć, udaje mi się zatrudniać przyjaciół; Kielczan oczywiście, mieszkających w Warszawie. I tym się cieszę naprawdę.

EM: Jakie wydarzenie uznałeś za formalny początek tej muzycznej kariery?

KKK: Debiut to właściwie rok 1991 - miałem wtedy 20 lat - w kieleckim Pałacyku Zielińskiego, na jednej z imprez organizowanych przez Włodka Kiniorskiego. Natomiast kilka tygodni później wystąpiłem na małej scenie w Jarocinie, z Zespołem Downa. Podobno jurorzy powiedzieli o nim, że używa za dużo wulgaryzmów, a byli to m.in. Kuba Wojewódzki, Jurek Owsiak, Walter Chełstowski. Część chciała nas promować, a część stwierdziła, że jesteśmy nieobliczalni i lepiej nas odrzucić.

Co zabawne, na początku przez dobrych kilka lat miałem kontakt praktycznie ze sceną alternatywną, rockową czy jazzową, za sprawą Włodka Kiniorskiego. Dzisiaj w to może trudno uwierzyć, ale do komercyjnej działalności zachęcił mnie dopiero Tymon Tymański w 1995 roku. Występowaliśmy wtedy na Wiośnie Jazzowej przed jego zespołem Miłość. Zapytał mnie o to, co jeszcze robię, powiedziałem że piszę piosenki typu „Reklama”... Po wysłuchaniu mojego demo stwierdził, że powinienem z nimi pójść do dużej firmy płytowej, bo mają potencjał. Udało mi się podpisać kontrakt, który doprowadził do tego, że te utwory w tanecznych aranżacjach zostały wypromowane w mediach - i tak właśnie osiągnąłem pierwszy sukces, w 1996 roku.

EM: Zaprosiłeś na swój jubileuszowy koncert jako gości artystów z Kielc. Jest to jednorazowy projekt?

KKK: Goście z Kasą! Można powiedzieć, że właśnie ten projekt trwa 20 lat. Zespół K.A.S.A., czteroosobowy, który dziś na koncercie nazwałem „Small Band” - w odróżnieniu od Big Bandu Jana Tokarza - to są muzycy z Kielc i województwa, chociaż akurat mieszkający w Warszawie. Współpracuję od lat z Kielczanami, bardzo sobie to cenię. Mamy tutaj wyjątkowe poczucie rytmu i humoru - dlatego ciężko mi jest czasem współpracować z muzykami z innych stron, bo nie czują tego.

EM: Założona przez Ciebie Kapela z Miasta Kielce nadal istnieje?

KKK: Nie, to był jednorazowy projekt, ale może się kiedyś odrodzi... Dzisiaj słuchałem w drodze Radia Kielce - audycji Bronka Opałko „Radio Pigwa”, dużo muzyki ludowej. I to była taka muzyka ludowa jaką znam, z poczuciem humoru, z lekko dwuznacznymi tekstami. Kapela z Miasta Kielce była jakby żartem wymierzonym w kierunku Kapeli ze Wsi Warszawa, którą uważałem za odrobinę pretensjonalną, choć oczywiście o dobrym poziomie muzycznym. Ja uważam, że muzyka ludowa ma trochę więcej luzu i to chciałem udowodnić - że to nie tylko pieśni religijne, jakiś smutny czy tragiczny lament chłopski, tylko cały czas żywa muzyka, że można do niej też napisać tekst - podobnie jak to czynią górale. My naprawdę mamy bardzo wiele cech wspólnych. Sam czuję się pół-góralem podhalańskim, mam rodzinę w Nowym Targu; co prawda nie identyfikuję się z nimi aż tak bardzo, bo się tam nie wychowałem, niemniej jednak genetycznie to siedzi we mnie. Mamy jakąś swoją tożsamość. Góry Świętokrzyskie to pierwszy region na południe od Warszawy, który ma już swoją lekką gwarę, swoje produkty, muzykę. Na tym ma polegać Unia Europejska, jako Europa Regionów; „Święty Krzyż” - Santa Cruz po hiszpańsku, Sainte Croix po francusku, Holy Cross Mountains po angielsku - to jesteśmy my.

EM: Czy jesteś zadowolony z kierunku, w którym rozwinęły się wymyślone przez Ciebie Scyzoryki? Przyznawane są już za różnorodne dokonania artystyczne, nie tylko muzyczne...

KKK: Cieszę się, że moi młodsi koledzy się tym zajęli, bo ja po tylu latach, jakie minęły od pierwszej edycji zapomniałem wręcz o tym. Obecnie jestem na tej imprezie honorowym gościem, prowadzącym albo tylko obserwatorem. Nie mam w zasadzie wpływu na to, kto dostaje nagrody. Jestem czasem jurorem, ale to wtedy jest jeden z głosów w jednej czy dwu kategoriach.
Scyzoryki według mojego pomysłu były zupełnie inne - były czymś abstrakcyjnym, zabawą, happeningiem, żartem. Obecnie jest to nasze lokalne komercyjne przedsięwzięcie. Takie są czasy. Ale ważne jest to, że młodzi artyści dzięki temu mogą po raz pierwszy w ogóle być zauważeni, mogą dostać tzw. skrzydeł, motywacji do rozwijania się. To jest ta sama nazwa, idea, ale żyje już własnym życiem. Wtedy zaczynaliśmy: ja, Liroy, Piasek i inni, a Włodek Kiniorski nas jakby scalił. To była impreza dla naszego pokolenia.
Fajnie by było, gdyby teraz komuś się udało. Show business jest dla młodych ludzi, dlatego współpracuję z młodymi, jak na przykład Ola Lipińska czy Dominik Skrzyniarz; są rewelacyjni. Niewielu jest facetów z taką kulturą wokalną, z takim wyczuciem swingu jak Dominik - co słychać było akurat na dzisiejszym koncercie, gdy wykonywał utwory z lat 40. i 50. Chciałbym, żeby zaistniał na scenach muzycznych, bo zasługuje na to. To jest pokolenie, które poprzez łatwiejszy dostęp do muzyki, do jej nauki, czy też do instrumentów, ma szanse zdobyć dużo więcej niż my. Ja jestem jakby przy okazji promotorem, mam nadzieję, że sam talent Dominika się obroni tak czy inaczej. Ale oczywiście bogactwem młodego artysty jest doświadczenie, więc każdy występ, szczególnie z takim zespołem - Big Bandem - to cenny kapitał.

EM: Twoje utwory śpiewa już troje znanych wokalistów. Czy zamierzasz częściej pisać piosenki z myślą o innych artystach?

KKK: Chciałbym, ale prawdę mówiąc jest to dosyć trudne, będąc niezależnym. Leszcze promują moją piosenką swoje ostatnie wydawnictwo, a być może to jest ich ostatni singiel. Edyta Strzycka i Rafał Brzozowski też wykonywali moje utwory; piszę i muzykę, i teksty. Będę nadal to robić, traktując jako moje dodatkowe zajęcie.

EM: Nie można nie wspomnieć o Twoim najmłodszym dziecku - wydana w czerwcu tego roku książka pt. „Kontrakt” to powieść. Czy jednak jest czystą fikcją literacką? Czy jakieś elementy autobiografii również zawiera?

KKK: To jest sytuacja podobna, jak w przypadku Woody Alena: grał reżysera z Manhattanu pod innym nazwiskiem - a przecież wiemy, że jest faktycznie reżyserem z Manhattanu. Występował jako reżyser filmów dokumentalnych - a wiemy, że robi fabularne. I to była ta różnica. Tak samo jest z moją książką. Bohaterem jest Kris, który chce być muzykiem, przeprowadza się z Kielc do Warszawy, podpisuje kontrakt, robi karierę w połowie lat 90. - podobnie jak ja. Właściwie wszystko się zgadza i na początku, i w środku, i na końcu. Chodzi jednak tak naprawdę o coś innego - o cenę, jaką się płaci za życie z muzyki; o to, jak wygląda różnica między tym, co sobie wyobrażamy, a rzeczywistością. Każdy młody człowiek, który uważa że ma jakiś talent, czy też de facto go ma, a chce zostać zawodowym muzykiem – musi podpisać umowy z menadżerami, z firmą płytową. Musi po prostu umożliwić handel tą muzyką, swoją postacią niejako. I nagle się okazuje, że ktoś inny zaczyna kierować jego życiem...

EM: Czy młody wykonawca może w tej książce znaleźć wskazówki jak zaistnieć w show businessie?

KKK: Jak ją przeczyta do połowy, to - mam nadzieję - zrezygnuje z tego pomysłu (śmiech). Jest to coraz trudniejszy zawód.

EM: Czyżby Twoim celem było zniechęcenie do niego?

KKK: Być może trochę... Raczej ostrzeżenie. Może trochę wyolbrzymiłem moje sytuacje - trochę większy wzlot, trochę większy upadek - oraz psychiczną presję, pod jaką może się znaleźć ktoś, kto debiutuje, występuje, ma kontakt z mediami, producentami, plotkami na swój temat. Ale to naprawdę bywa bardzo męczące. I o tym jest też ta książka.

EM: Złapałeś tego bakcyla? Niektórzy mówią, że to nieuchronne, aby po napisaniu jednej książki zabrać się od razu za następną...

KKK: Z punktu widzenia „show businessowego” pisanie książek jest traceniem czasu i pieniędzy. O ile na muzyce można jakoś zarobić, to z pisania książek chyba żyć się nie da. Może sobie na to pozwolić kilku pisarzy w Polsce, najbardziej popularnych.

EM: Czyli po prostu spełniłeś tylko swoje marzenie sprzed lat?

KKK: Dokładnie. I oczywiście będę to robił, w wolnych chwilach - ponieważ mam akurat taki moment, że nie gram już stu koncertów jak kiedyś, tylko na przykład trzydzieści, bo trzymam pewien poziom i takie jest na mnie zapotrzebowanie. Dzięki temu mam więcej czasu chociażby na pisanie kolejnej książki, czy na wymyślanie nowych utworów.
Często mówi się o tzw. powrotach wykonawców na scenę, ale duża część muzyków wcale tak naprawdę nie powraca. Piszą cały czas piosenki, które jednak w danym momencie przegrywają konkurencję z innymi, bądź są przeznaczone dla ścisłych fanów danego wykonawcy, czy są bardziej niszowe. Chociaż są też tacy, którzy rzeczywiście mają sporą przerwę w nagrywaniu i po 10 latach powracają.

EM: Czy chcesz coś powiedzieć o swoich planach?

KKK: Nie mam szczególnych planów. Nawet ten jubileusz był takim jakby zbiegiem okoliczności, Rysiek Pomorski powiedział mi o Big Bandzie, dyrygent Jan Tokarz wybrał utwory, zaprosiliśmy gości... Teraz będę bardziej aktywny, kiedy przyjdzie odpowiedni moment. Od 12 lat jestem niezależny od firm płytowych, rozgłośni radiowych czy telewizyjnych stacji. Jest to trudna droga, ale po prostu nie potrafię inaczej. Nikt mi nie mówi, co mam grać, jak się ubierać, co mówić w wywiadach - a tak jest u większości muzyków, którzy podpisali kontrakty z menadżerskimi firmami. Cenię sobie tę wolność, nawet jeśli wiąże się z nią mniejsza popularność.

EM: Życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Edyta Mróz.

Rozmawiała Edyta Mróz, foto: kasa.com.pl


Data publikacji: 13-05-2013 o godz. 08:28:48, Temat: Kultura

Artykuł pochodzi z serwisu Wici.Info http://www.wici.info
Link do artykułu: http://www.wici.info/News,krzysztof_kasowski_ciesze_sie_z_tego_co_mam,13607,html