Jeszcze raz witajcie w naszej bajce

Jak to się stało, że niczego nie zauważyliśmy? Że nasze dziecięce lata minęły w takiej nieświadomości? Że karmiono nas tak niebezpiecznym intertekstualnym bajkowym światem? My, pokolenie urodzone w połowie lat 70.



Przyjęliśmy Akademię Pana Kleksa naturalnie, zwyczajnie, jak niewinne dziatki. Dziś Kleks prezentuje się groźnie, odsłania swoje prawdziwe oblicze, okazuje się studnią bez dna, kopalnią znaczeń. Okazuje się bowiem, że film Krzysztofa Gradowskiego to dzieło złożone, to postmodernistyczna sieć utkana z tysiąca odniesień i tropów. Zdekonstruujmy więc wielopiętrową konstrukcję, odnajdźmy pola odniesień nieistniejące dla niewinnych dziecięcych umysłów. Powróćmy na chwilę na wyspy Bergamuty

Homoseksualizm

Wątki gejowskie narzucają się od razu. Przede wszystkim bohaterami są tylko mężczyźni. Kobiety nie pojawiają się w ogóle - chyba że symbolicznie, jako królowa bajek czy dziewczynka z zapałkami. Jako ikony, nigdy jako osoby. Akademia jest dla chłopców. Nie przypomina jednak wielokrotnie opisywanych w filmach męskich szkół z internatem - patriarchat i rywalizacja nie mają tu racji bytu. Tu panuje niezmącona radość, przyjaźń, a wyznawane wartości to wrażliwość, wyobraźnia, spontaniczność. Pokutujący społecznie stereotyp homoseksualnego chłopca jest tu wyzyskany w pełni: wychowankowie Ambrożego Kleksa są androgyniczni ("lalusiowate pajace", jak twierdzi golarz Filip), delikatni, subtelni. Zawsze w obciskających drobne ciała ubrankach, z uładzonymi włoskami, nigdy nie biegają umorusani. Nawet gdy bawią się na podwórku, ich gry nie są brutalne. Odrzuceni przez okrutne społeczeństwo zamykają się w Akademii - świecie wyobraźni i słodkiej utopii, gdzie spotkać mogą sobie podobnych wyrzutków. Kondycja psychiczna Adasia Niezgódki, nielubianego i nierozumianego przez rówieśników, który woli czytać w samotności niż szaleć z podwórkowymi urwisami, przypomina mękę chłopca, który zmaga się z ustaleniem własnej tożsamości, także seksualnej. Który, choć jeszcze nie wie, już przeczuwa swoją "inność"

Subtelna chłopięcość wychowanków Akademii kojarzyć się może z filmami Dereka Jarmana (zwłaszcza scena kąpieli nago pod drzewem deszczu) czy Todda Haynesa (przypomnijmy epizod Hero i Homo z Poison). Natomiast fascynacja ich (nierozwiniętą jeszcze, ale jednak) cielesnością przypomina quasi-homoseksualne wizje zabaw przedwojennych zgrupowań skautowskich wyznających kult młodego, pięknego ciała, tak chętnie portretowanych później (o zgrozo) w organizacjach (para)faszystowskich. Cała Akademia tonie w kolorach tęczy - tęczowa jest brama, tęczowe są światła, tęczowa jest nawet tarcza do rzutek na podwórku. Dla bardziej wtajemniczonych oczywisty będzie fakt, że odnaleziony przez Ambrożego Kleksa gdzieś na bliskowschodnim targu szpak Mateusz woła nań "ale cudak!, ale cudak!". Czy to nie tak właśnie niektórzy polscy teoretycy tłumaczą angielskie słówko "queer"?

Cyberpunk

Golarz Filip konstruuje lalkę, Adolfa, i podstępnie podrzuca ją do Akademii. Adolf to "ziarno nowego świata, prawdziwe dziecko cywilizacji komputerowej wyposażone w system zdalnego, laserowego sterowania, numerycznie zaprogramowane, posłuszne, dynamiczne - zdyscyplinowana końcówka komputera". Dzięki niemu będzie można zapanować nad każdą bajką. Jakże nie odnaleźć tu klasycznej wizji cyborga - sztucznego człowieka? Pan Kleks ożywia go, ale wprowadzając go w świat żywych, stawia jedno z podstawowych dla cyberpunku pytanie: czy taki sztuczny twór, oprócz tego, że myśli i czuje, może godnie istnieć? Jaka jest tożsamość cyborga? Kleks tłumaczy Adasiowi Niezgódce, że technika sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła - wszystko zależy od tego, do jakich celów zostanie użyta. Tu technologia jest domeną sił negatywnych - człowieczeństwo zawsze więc będzie wobec niej wartością nadrzędną. Pracownia golarza Filipa to plątanina kabli, diod, łącz, wizytówka ówczesnego komputerowego sprzętu hi-tech. To świat odhumanizowany, bezduszny, złowieszczy, zimny jak stalowy pancerz Wielkiego Elektronika

Narkotyki

Nie oszukujmy się. Akademia Pana Kleksa to jedna wielka narkotyczna wizja, która konkurować może chyba tylko z Nagim Lunchem Williama Burroughsa. Jadalne farby, szpital chorych sprzętów, pompowanie kaczki, zmniejszające się przedmioty, psi raj pełen czekolady (pamiętajmy - początek lat 80. w Polsce to doba kryzysu). Co takiego jada Pan Kleks? Dwie pastylki na porost włosów i kilka piegów! Ponoć dobrze działają na pamięć, rozum i rzekomo chronią od kataru. Piegi są dostarczane w każdy czwartek przez golarza Filipa. Gdy ich brak, Kleks kurczy się i marnieje, jego dłonie dygoczą, a koncentracja odmawia posłuszeństwa. Najbardziej wymowny jest jednak motyw zachowywania najpiękniejszych snów chłopców - profesor "nagrywa" je na lusterka stojące przy łóżkach, po czym te najlepsze ściera rano watką nasączoną kwasem sennym (!), wyciska je do miseczki, czeka aż wyschną na proszek, po czym tłoczy z nich pastylki, które podaje chłopcom przed spaniem, by mieli piękne sny. To tłumaczy fakt, że gdy na porannej lekcji w szpitalu chorych sprzętów Adaś spogląda na obraz przedstawiający statek na morzu, żaglowiec nagle zdaje się płynąć po wzburzonych falach. Chłopiec ma wyraźnie zaburzoną percepcję i dopiero po chwili dochodzi do siebie.

Warto też zauważyć, że kuchnia Kleksa to sama chemia, a sam profesor przyznaje, że nie jest sztukmistrzem - po prostu lubi robić wynalazki. Gdyby jeszcze przypomnieć piosenkę Z pamiętnika młodego zielarza z Podróży Pana Kleksa, ale to temat na inny esej. Apogeum narkotycznych wizji jest jednak Adasiowy Sen o 7 szklankach. Kleks jedzący kwiatki ("gdy się kwiatków dobrze najem, grudzień znów się stanie majem"); pociąg z czajnikiem zamiast lokomotywy; siedem szklanek mieszczących w sobie deszcz, chmury, grad etc.; głowa profesora zmieniająca się w piłkę; jego ciało rozpadające się na mnóstwo małych kleksów; tańczące widelce w rytm psychotycznej, niepokojącej muzyki. W tym kontekście oczywiste jest, że estetyka snu Adasia do złudzenia przypomina słynną Żółtą Łódź Podwodną Beatlesów, a rysunkowy Kleks, z rudą brodą, wydłużonym nosem i w okularkach - samego Johna Lennona.

Faszyzm

"Silne szczęki, silna wola, zdobędziemy cały świat, słychać równy krok" - tak śpiewają oddziały wilków pustoszące królestwo dobrego króla, ojca księcia Mateusza (to niezapomniana, do dziś porażająca pieśń zespołu TSA). Wilki wędrują w stalowych mundurach, niosąc flagi i płonące pochodnie, ich oczy jarzą się czerwonym jak krew światłem. Palą wsie, nie znają litości. Są zimne i bezduszne - to żywe emblematy faszyzmu. Takich nawiązań jest więcej. Tajemnicza, okrutna lalka, dzieło golarza Filipa nazwana zostaje Adolfem. To jedyne "dziecko" w Akademii, które jest nieludzkie, złe i pozbawione uczuć. Golarz, w przypływie zachwytu nad efektem swej pracy, krzyczy: "skończą się żarty z fryzjerów [a może malarzy?- przyp. K.K.], rozczochrane czupryny, nieprecyzyjne tańce. Choreografia stanie się znów muzyczną musztrą!!!". Filip wyobraża sobie idealną przyszłość pełną tworów, jakich prototypem jest Adolf - zdyscyplinowanych i "bez własnego widzimisię". To początek doskonale zorganizowanego przedszkola, podwórza, szkoły. To faszystowski kult porządku! Chęć wyeliminowania wszystkiego, co nieprzewidywalne, zagrażające ładowi, nieokiełznane. Jak już wspomniałam, sama wizja swoistego zgrupowania chłopców kojarzy się z przedwojennymi, parafaszystowskimi organizacjami młodzieżowymi - z kultem ruchu, przyrody i ciała. Chłopcy radośnie godzą się na wszystko, co dzieje się w Akademii, i głęboko (jeśli nie ślepo) wierzą w jej sens. A Akademia, jakakolwiek by była, jest instytucją, na czele której stoi charyzmatyczny wódz.

Camp

Kultura campu to wrażliwość i estetyka zamierzonej, ironicznej sztuczności, nienaturalności, wyeksponowanego, krzykliwego kiczu sztucznych pereł i strusich piór, androgynicznych strojów i zachowań. Camp to stylistyka dandysów rodem z Portretu Doriana Greya Oscara Wilde'a, hollywoodzkich gwiazd lat dwudziestych, brokatowego i koturnowego glamu lat 70., a także przerysowanej kobiecości drag-queens. To zaskakujące, ale Akademia Pana Kleksa pełna jest campowych elementów. Surduty profesora, złote piegi jako nagrody za szczególne dokonania w dziedzinie wyobraźni - można to swobodnie odczytywać właśnie poprzez camp. Gdy wszyscy śpiewają piosenkę Na tapczanie siedzi leń, w tle, jako ilustrację, z niezrozumiałych powodów reżyser pokazuje dziwne, zupełnie niezwiązane z fabułą postacie - umalowanych chłopców z kokardami, dziewczęta przypominające laleczki, wszyscy oni, jak żywcem wyjęci z glamowego Londynu lat 70., beztrosko zajadają się lodami i watą cukrową.

Cała estetyka Akademii przypomina wybitnie klasyk campowego kina Rocky Horror Picture Show Jima Sharmana z 1974 roku - z kolorowymi schodami, ornamentyką przestrzeni, przerostem formy nad funkcjonalnością. Skoro tak, ciekawe, co kryje się pod "męskim" strojem Ambrożego Kleksa? Może eleganckie pończochy i gorset, które zdobiły bosko zgrabne nogi Franka Furtera? Inicjacja i psychoanaliza To materiał na tomy dla prawdziwego badacza freudysty. Cała wielka przygoda Adasia z Akademią to metafora procesu inicjacji. Chłopiec przenika w świat własnej wyobraźni, nieświadomości, chciałoby się rzec. Boi się, że to, co przeżywa, jest nierealne - boi się oddzielić świat zewnętrzny od wewnętrznego. Tego musi się nauczyć - rezygnować z utopii życia marzeniami, przyzwalać na szarość i okrucieństwo dorosłego świata, na cierpienie (symboliczne sceny z dziewczynką z zapałkami lub z pokutnikami w psim raju). Uczy się prędko. Bajkowy psi raj szybko wydaje się nudny i Adaś marzy o krupniku z marchewką, którego wcześniej nigdy nie lubił. W Akademii też po raz pierwszy wchodzi w kontakt z kobietą - Antoni prowadzi go do tajemniczej dziupli (omińmy oczywiste skojarzenia), gdzie spotykają księżniczkę z innej bajki (brawurowo zagraną przez Zdzisławę Sośnicką z pamiętną partią solową). Księżniczka nie pozwala im się dotknąć - gdy to zrobią, zamienią się w żabki. Budzi się w nich strach przed kobietami połączony z nieokreśloną fascynacją. Księżniczka, dorosła, umalowana, odziana w piękną suknie i klejnoty, staje się symboliczną kobietą - doświadczoną, ucieleśniającą pożądanie, symbolicznym Innym.

Motyw inicjacji pojawia się także w opowieści szpaka Mateusza. Mateusz, jeszcze jako książę, przeciwstawia się woli ojca, przez co ściąga nieszczęście nie tylko na siebie, ale i na cały kraj. Musi potem przez całe życie ponosić konsekwencje swej decyzji, pokutować i żyć jako ptak, nie człowiek. Wyzwolenie spod wpływu ojca, przezwyciężenie ciężaru relacji ojciec - syn rozpoczyna dorosłość Mateusza, ale zostawia w nim wieczne poczucie winy i chęć powrotu do beztroskiego czasu. Koniec Akademii to także koniec dzieciństwa. Przeobrażenie chłopców dokonało się - teraz mogą wrócić do domów i zacząć dojrzałe życie. Gdy Pan Kleks im to zapowiada, prosi również, by klucz do Akademii wrzucono do stawu. Wszystko ostatecznie okazało się bajką, ale bajką nietypową, bo nie zwycięża tu dobro. To właśnie dlatego Adaś uwierzył w jej prawdziwość, może mu pomóc żyć w dorosłym świecie, bo posługuje się jego prawami.

Pedofilia

Jak zareagowaliby hipotetyczni rodzice chłopców, gdyby dowiedzieli się, że ich pociechy mieszkają w odciętym od świata dworku, pod opieką starego dziwaka (cudaka!), żywiącego się piegami i łapiącego motyle, który mieniąc się profesorem, zamiast gramatyki wbija chłopcom do głów naukę o czapce niewidce i znikających przedmiotach? Gdyby usłyszeli, że maniakalnie do swej Akademii przyjmuje tylko chłopców, których imiona zaczynają się na "A"? Wreszcie, gdyby zobaczyli, jak Kleks kontroluje pigułkami sny ich dzieci, a rano każe chłopcom tańczyć z lusterkami w majteczkach od piżam? Wspomnijmy też golarza Filipa, w którego salonie fryzjerskim (tylko dla panów!) widać manekiny przypominające raczej nie dorosłych klientów, ale małych chłopców z długimi włosami. Golarz złowrogo i lubieżnie spogląda na Adasia, gdy ten przybywa po piegi dla profesora. Na szczęście malec umie przeciwstawić się i uciec, chroniąc się przed dramatem.

Tak, Akademia Pana Kleksa może stać się Proustowską "magdalenką" - jej smak (choć bardziej przypomina kakaowe draże) może cofnąć nas w głąb czasu, do słodkiego dzieciństwa połowy lat 80., kiedy to śniliśmy, by wzbić się w niebo jak Adaś Niezgódka, dolecieć do psiego raju i tam schrupać cały z prawdziwej (!) czekolady pomnik dr. Doolittle. Warto jednak, by antropolodzy, kulturoznawcy, filmoznawcy, psychologowie, znawcy kultury postmodernistycznej przyjrzeli się bliżej tej dziwnej opowieści, która kryje w sobie treści kiedyś dla nas zakryte.

KAROLINA KOSIŃSKA www.opcit.art.pl


Data publikacji: 05-06-2005 o godz. 10:35:04, Temat: Kino

Artyku� pochodzi z serwisu Wici.Info Array
Link do artyku�u: Array/News,jeszcze_raz_witajcie_w_naszej_bajce,4968,html