''Piosenki na pokuszenie'' - przypowieść o kobiecie brzydkiej

Jedna z mądrości ludu polskiego, replikowana w dziełach wyższego i niższego lotu poleca następujący eksperyment (z góry przepraszam za polityczną niepoprawność)



- wchodzimy do lokalu, siadamy, wybieramy sobie najbrzydszą kobietę na sali, pijemy, a kiedy zaczyna nam się podobać wychodzimy, bo oznacza, że już jesteśmy pijani. Co ma jedno z drugim? Bardzo dużo.

Ta ludowa mądrość towarzyszyła mi cały czas w trakcie premierowego spektaklu na małej scenie naszego teatru. Zacznijmy jednak od przeprosin - już krzyżem leżę w bocznej nawie, kupiłem kilo grochu do klęczenia i dyscyplina nawet jakaś się znalazła - niesłusznie zaskarżyłem, podważyłem, dyskredytowałem dokonania Chrapkiewicza Grzegorza i Galosa Krzysztofa - niechaj mi wybaczą - bo przy Janie Nowarze, to oni są jak Curtius Jonas przy Edzie Wood'sie. Tak sobie myślę, że w duchu chrześcijańskiego przebaczenia o wszystkim już zapomnieli.

A może prościej? "Wielebni" i "Historia honoru..." sytuowały się w rejonach inwencji artystycznej i eksperymentu, któremu blisko do Martwego Morza lub pustyni Negeth, lecz... "Piosenki na pokuszenie" to już rejony Rowu Atlantyckiego. Tyle geografii i jeszcze tylko na pytanie - dlaczego nie ten dołek w okolicach Marianów - odpowiem - możliwości repertuarowe kieleckiej sceny są niewyczerpane, a wszak poziomów i metafor mi zabraknie, a dla każdego kto do teatru naszego pięknego chadza wyraźny jest - i tutaj poważnie całkiem piszę - artystyczny i intelektualny upadek tej sceny. Jej postępująca degrengolada.

W zasadzie można na tym skończyć recenzję z wizyty na "Piosenkach na pokuszenie" (ciekawe kogo? ciekawe czyje?), ale gdy już te 52 złote zostawiłem w kasie, to niechaj mam prawo do zdania osobistego. Bo skąd to pierwotne skojarzenie? Otóż spektakl (umówmy się, że był to spektakl) bliższy był lokalowi gastronomicznemu niż "pokojowi Becketta". Zacznijmy po kolei - scenografia - jeszcze kilka przedstawień w tym otoczeniu rur aluminiowych... a zacznę podejrzewać, że może w ramach oszczędności w sektorze kultury kupiono pomysł na kilka sezonów do przodu metodą przetargu. Ta akcja umieszczona na dworcu - gratuluję, inwencja tak wspaniała, że aż w zębach trzeszczy.

Muzycy - no dobrze, ja wszystko rozumiem, dla pieniędzy zrobić można wiele, ale dlaczego dobrzy skądinąd instrumentaliści firmują swymi nazwiskami artystycznego gniota? To pewnie pozostanie jedną z największych tajemnic tego przedstawienia. Drugą ujawnię w zakończeniu.

Pierwotne miejsce wykonania tych szesnastu utworów, których na (nie-)szczęście wysłuchałem, to kabaret - zadymiona sala podparyskiej dzielnicy, Berlina międzywojennego, warszawskiej Adrii, pełna rozochoconych gości... Przenoszenie formuły do teatru wymaga nie tylko pomysłu, nie tylko reżyserskiego talentu, nie tylko odpowiednich wykonawczyń, ale przede wszystkim ironicznego nawiasu. Te same piosenki doskonale wybrzmiewają na ekranie, w radosnej, zwariowanej atmosferze "Piwnicy pod Baranami". Pomijam, że obydwie aktorki nie potrafią śpiewać - pewnie reżyser chyba na poważnie wziął słynny szlagier Jerzego Stuhra. Znów ten brak ironicznego nawiasu, ale dlaczego był tak okrutny i zmuszał je do procederu, który przekroczył ich możliwości?

Gdy usłyszałem "Bo we mnie jest sex" z towarzyszeniem tej zabójczej choreografii [no, wprost nie potrafię opisać :( ], dyskretnie popatrzyłem na innych widzów, którym było dość wyraźnie niedobrze (zwłaszcza na miejscach zajmowanych przez prasę). Kiedy śpiewała to Kalina Jędrusik każdy facet stawał prawie na baczność, gdy Krystyna Sienkiewicz pokładał się ze śmiechu. W Kielcach to było bezpłciowe i żałosne... Dlaczego wbrew warunkom usiłowano z rodzimej aktorki uczynić sternbergowską Marlenę Dietrich? Dlaczego młoda kobieta śpiewająca na tej scenie odgrywać musiała za przeproszeniem durną ciumcię? O innych piosenkach z wrodzonej litości nie wspomnę.

Niebezpiecznie ten spektakl zbliża się do przaśnej "biesiady w dwójce", a oddala od kabaretu Republiki Weimarskiej, gdzie jego korzenie. Pomimo fikania nóżkami, turlania po scenie i różnych takich pozornych świnstewek, drapieżności w nim tyle, co kot napłakał. Jest przede wszystkim bezpłciowy brak formy. Duchy Lilly Marlene, Piaf, Becketta, a nawet Henryka Warsa powinny straszyć po nocach każdego, kto zaangażował się w to przedsięwzięcie.

I przyszedł czas na tajemnicę drugą - dlaczego uraczono nas czymś takim? Na wykładach z fizyki bardzo szacowny profesor omawiając zasadę nieoznaczoności zwykł nam mawiać - Panowie, to jest podobno epokowe odkrycie, owiane jednak tak niejednoznaczną tajemnicą, że jego znaczeń nie próbujcie dociekać. To jeszcze nie wasz poziom.

Więc tak - realizowany jest w TEATRZE NASZYM plan jakiś, co najmniej o gnostyckim charakterze, którego zasłon nie jesteśmy w stanie przeniknąć. Ja jestem jednak dobrej myśli - z każdym spektaklem świadomość i wtajemniczenie każdego z widzów będzie wzrastać. Jak sądzę "Ania z Zielonego Wzgórza" (kolejna premiera) wydatnie nam w tym pomoże.




Data publikacji: 02-02-2006 o godz. 08:00:00, Temat: Teatr

Artykuł pochodzi z serwisu Wici.Info http://www.wici.info
Link do artykułu: http://www.wici.info/News,piosenki_na_pokuszenie_przypowiesc_o_kobiecie_brzydkiej,6606,html