Nie podchodzę do spraw zbyt urzędniczo

Z Jackiem Kowalczykiem szefem Departamentu Promocji, Edukacji, Kultury, Sportu i Turystyki Urzędu Marszałkowskiego rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta.



Jest pan szefem Departamentu Promocji, Edukacji, Kultury, Sportu i Turystyki. Ten dział Urzędu Marszałkowskiego łączy ze sobą wiele dziedzin, często bardzo odległych. W której z nich czuje się Pan najlepiej?
- Chyba w turystyce, która daje największe pole do popisu, jest zgodna z moimi zainteresowaniami i wykształceniem. Nie chcę przez to powiedzieć, że inne dziedziny traktuję po macoszemu, czego dowodem jest fakt, że na realizację zadań z zakresu turystyki mam najmniejsze pieniądze. Lubię kulturę, nie tylko zawodowo, uprawiam sport. Te trzy elementy są chyba najbardziej znaczące. Momentami idealnie się uzupełniają i przeplatają. Nie jest łatwo oddzielić imprezę turystyczną od kulturalnej. Każdy festiwal można nazwać turystyką kulturową. Przyjeżdżają ludzie z zewnątrz, co prawda wąskiej specjalności, ale są to turyści.



Jaki sport Pan uprawia?
- Piłkę nożną. Jestem "wynajmowany" na wszelakie mecze. Ostatnio grałem w drużynie kieleckich mediów przeciwko drużynie policyjnej. Wygraliśmy. Nie przypisuję sobie tej zasługi. Mieliśmy "wzmocnienia": byłych zawodników pierwszoligowego Kolportera. W policji grali ligowcy z "Błękitnych".

A co w kulturze jest Panu najbardziej bliskie?
- Myślę że teatr. Od 5 lat nie puściłem żadnej premiery. Chodzę głównie do Teatru Żeromskiego, ale oglądam także spektakle Przeglądu Teatrów Alternatywnych, organizowanego przez Stowarzyszenie Ecce Homo. Podobają mi się sztuki współczesne, nawet te brutalne, agresywne. Przecież takie jest współczesne życie.

Jak Pan ocenia Teatr im. Żeromskiego?
- Pozytywnie. Nie jest to poprawność urzędowa, czy ideologiczna. W nieodległej historii moje stosunki z dyrektorem Szczerskim nie były najlepsze. Ale dojrzeliśmy do tego, aby wysłuchiwać się nawzajem i wyciągać wnioski. Teatr mogą ocenić tylko ci, którzy do niego chodzą. A nie jest to mała liczba. Frekwencja jest znakomita. Nie wiem, czy to powód dobrego repertuaru, który jest przecież dosyć różnorodny, w końcu to jedyny teatr w mieście. Są sztuki mocno przejaskrawione, kontrowersyjne, są i zbytnio ułagodzone, jak farsy i komedie. Bardzo podobała mi się "Macica", ale są też przedstawienia, które nie przypadają mi do gustu. Tak czy tak, teatr ma swoich odbiorców. Nasz teatr poszukuje, mimo że dyrektor jest tutaj nieźle zakorzeniony. Brakuje mu nieco wyjścia na ulicę, w teren. I nie myślę tutaj o granie po domach kultury, tylko otwarciu na inne środowiska i widownie.

W październiku Urząd Marszałkowski organizuje akcję Świętokrzyskich Dni Muzeów. Jakie są regionalne placówki muzealne?
- W sumie nie jest źle. Ostatnio podniosłem się na duchu. Byliśmy w wiodącym muzeum na Ukrainie im. Pirogowa (to taki twórca współczesnej medycyny). To muzeum ma jeszcze kapcie. Trochę się pocieszyłem, że są jeszcze takie muzea, jakie pamiętam z dzieciństwa z zakurzonymi gablotkami, obrazami i panią, która wskaźnikiem pokazuje ważne eksponaty. Narzekamy na niską frekwencję, choć myślę, że może poza Wawelem, Zamkiem Królewskim i jeszcze kilkoma muzeami w Polsce, wszystkie muszą narzekać na niską frekwencję. Nie dziwi mnie to, że jak wycieczka ma do wyboru Muzeum Narodowe i Park Jurajski w Bałtowie, to wybiera to drugie. Ważna jest też cena biletów. Muzea powinny szukać dotacji zewnętrznych np. na ofertę edukacyjną, które pozwoliłyby obniżyć ceny biletów. Konieczne jest, aby stały się placówkami żywymi, interaktywnymi. Liczę zwłaszcza na Muzeum Wsi Kieleckiej. Chciałbym, aby dzieci mogły uczestniczyć na przykład w pracach rolnych. Stopniowo dochodzi do scalania gruntów, wymusza to po części Unia Europejska. Niedługo tradycyjne sianokosy będzie można zobaczyć już tylko w skansenie. Tokarnia ma wielką szansę, bo to przecież olbrzymi teren - 60 hektarów. Chciałbym, aby Muzeum Narodowe także wprowadzało nowe sposoby prezentacji. Marzy mi się na przykład film o Piłsudskim pokazywany podczas zwiedzania. Technika idzie do przodu i te zmiany będą następować, ale zależą także od zmian pokoleniowych w muzeach.

W województwie jest sporo stowarzyszeń, fundacji i innych organizacji, które aplikują do Urzędu Marszałkowskiego po dotacje na organizację imprez, publikacje. Czy te pieniądze wydawane są dobrze i słusznie? Czy jest sens w zasilaniu finansowym organizacji pozarządowych?
- Funkcjonuje pogląd, z którym staram się walczyć, że konkursy na realizację zadań są tylko rozdawnictwem pieniędzy. Tak naprawdę to wykonywanie zadań samorządu, realizacja zadań statutowych przez sprawne organizacje pozarządowe, czy to kulturalne, turystyczne, czy każde inne. Samorząd nie musi się na wszystkim znać, od tego jest właśnie trzeci sektor. Ostatnio uczestniczyłem w kongresie poświęconym organizacjom pozarządowym. Zgodziliśmy się, że potrzebne są większe pieniądze i większe zaufanie do organizacji pozarządowych. Ja to zaufanie mam. Uważam, że to właśnie stowarzyszenia i fundacje organizują imprezy najtaniej i wydają pieniądze najbardziej racjonalnie. Mają wiele źródeł finansowania, pochodzą do projektów z sercem. Instytucje samorządowe czasami działają sztampowo: skoro raz nam wyszła impreza, to co roku robimy ją tak samo.

- Wydaje mi się, że projekty, czy to samorządowe, czy ministerialne, czy nawet unijne nie są dobrze kontrolowane. Sprawdza się faktury, rachunki, a mniej zwraca się uwagę na to, na jaki cel pieniądze zostały wydane: czy impreza była rozpromowana, czy każdy miał szansę w niej uczestniczyć, czy jej poziom był odpowiedni.
- Nie wyobrażam sobie "trójek" kontrolujących imprezy. Co prawda, organ samorządowy może wprowadzić taką kontrolę, ale co miałby oceniać? Najwyżej organizację imprezy i wykonanie zapisów umowy z samorządem. Oczywiście promocja imprezy i cała otoczka medialna jest niezbędna. Przecież samym biletem i plakatem niewiele się zdziała. Informowanie o imprezie na trzy dni przed nią niewiele już może zmienić, przecież ludzie mogą mieć inne plany. Jesteśmy młodą demokracją, nie ma stabilizacji. Często zdarza się, że dobrze działające stowarzyszenia pojawiają się na krótko, potem gdzieś znikają. Mimo to nie chciałbym, aby na samorządzie ciążyła konieczność weryfikacji realizacji projektów. Z roku na rok będzie coraz lepiej. Stowarzyszenia są coraz silniejsze, organizują dobre imprezy. Potrzebna jest symbioza między instytucjami kultury a stowarzyszeniami. Obserwuję to już w Młodzieżowym Domu Kultury, Wojewódzkim Domu Kultury. Mniej tej współpracy widzę na przykład w Teatrze im. Żeromskiego. Jest trochę hermetyczny. Nie chce współpracować ze stowarzyszeniami, które skupiają młodych adeptów sztuki teatralnej. Postaramy się to zmienić.

Powiedział Pan, że do idealnej realizacji projektów potrzebne jest zaufanie do organizacji pozarządowych. Co może zrobić stowarzyszenie, aby zyskać zaufanie Jacka Kowalczyka?
- Na pewno nie wystarczy się uśmiechnąć. Poza tym jestem tylko jednym z elementów trybów administracyjnych, nie sam decyduję o tym, kto dostanie pieniądze. To, co mnie przekonuje, to zwarty, fajny, oryginalny pomysł. Nie może być tak, ze jak ktoś już raz dostał pieniądze to będzie dostawać je zawsze. Trochę tak jest w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak raz się dostanie dotację, jest łatwiej. Nowi mają bardzo ciężko. Wydaje mi się też, że potrafię ocenić ludzi i czuję, czy zrobią imprezę za te pieniądze. Oczywiście pomyłki się zdarzają. Na przykład ktoś tydzień przed imprezą rezygnuje z dotacji. Nie trafia jednak przez to na czarną listę - przecież przypadki losowe się zdarzają. Życie stowarzyszeń nie jest łatwe. Sam jestem prezesem stowarzyszenia - Świętokrzyskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej, więc wiem, jak to jest.


Jaki potencjał turystyczny, promocyjny ma nasze województwo? Co mamy, a czego nie wykorzystujemy?
- Zarówno kulturalnie, jak i turystycznie, nie do końca wykorzystujemy zabytki techniki. Przyczyn jest wiele. Zarządcą Muzeum w Sielpi, Starej Kuźnicy i w Nowej Słupi jest warszawskie Muzeum Techniki, które nie podlega Ministerstwu Kultury tylko resortowi nauki i informatyzacji, a wcześniej Ministerstwu Skarbu. Te placówki powinny być samorządowe. Inaczej nie ma pieniędzy na inwestycje, zakupy, a bez tego nic się nie zrobi. Dobrze, że jeżdżą tam studenci na praktyki, to chociaż od czasu do czasu coś poprawią, czy zbudują. Ale to za mało. "Jaskółką" jest dla mnie Ekomuzeum w Starachowicach. Wiem, że prawie na sto procent dostanie pieniądze z EOG Europejskiego Obszaru Gospodarczego na tworzenie archeoparku.
Nie do końca wykorzystanym elementem są Cystersi i zabytki architektury romańskiej. Co prawda w Jędrzejowie już coś się dzieje, nowy opat w Wąchocku jest otwarty na turystów. Gdyby te zabytki były w innym kraju europejskim, już byśmy nieźle na nich zarabiali. W Europie zabytków z wieku XIV nie ma znowu tak wiele.
Niedoceniany, ale trochę na własne życzenie jest Sandomierz. Wydaje mu się, ze jest perłą w koronie, bo jest: jeśli chodzi o ilość i wartość zabytków. To jest jednak zupełnie niewykorzystane, wystarczy porównać Sandomierz chociażby do Kazimierza Dolnego nad Wisłą.

A Kielce?
- Niestety też możemy je zaliczyć do tej grupy. Kielce są bramą do Gór Świętokrzyskich, stolicą województwa, a przegrywają we wszystkich statystykach dotyczących turystyki. Średnie wykorzystanie w skali roku bazy noclegowej w Kielcach oscyluje w okolicach 30 proc.. Kraków ma 90 proc., miasta o rozmiarze podobnym do Kielc, jak Toruń, Rzeszów mają około 50 proc.. Nie ma taniej bazy noclegowej, bo nie ma turystów. Nikt prywatny nie zainwestuje w hostel czy pensjonat, bo wie, że na tym nie zarobi. Wycieczki przyjeżdżają, zwiedzają miasto, ale nocują poza Kielcami, np. w Świętej Katarzynie, Nowinach. W sezonie wakacyjnym też nie ma oblężenia, bo nie ma imprez kulturalnych, na które ktoś mógłby chcieć przyjechać. Niewielkie schronisko młodzieżowe przy ulicy Szymanowskiego oraz brak campingu lub pola namiotowego to niewystarczająca oferta noclegowa. Szacuję, że Kielce odwiedza rocznie około 100 tys. turystów. Św. Krzyż ma 200 tys., a Bałtów za pierwsze półrocze ma 320 tys. zwiedzających, więc nie jest dobrze. A szkoda, mamy wyjątkowe zabytki, dobre placówki. Brakuje też dobrej informacji turystycznej.

Przecież mamy dwie. Jedna na dworcu, a druga w WDK...
- Ta na dworcu jest miejska, ta w WDK Regionalnej Organizacji Turystycznej. Chcemy prowadzić wspólną informację. Nie może być tak, że ktoś informuje tylko o tym, co dzieje się w mieście, a nic nie powie o tym, co się dzieje w Sandomierzu. Mam nadzieję, że szybko uda się coś z tym zrobić i połączyć siły. Na początku listopada ROT rusza z ogólnowojewódzkim portalem turystycznym www.swietokrzyskie.travel. Chcemy, aby znalazły się tam wszystkie informacje turystyczne, a portal był aktualizowany na bieżąco.

Jest pan najczęściej widywaną osobą na spotkaniach, premierach, uroczystościach. Przyjmuje pan wiele zaproszeń. To z sympatii dla miejsc i ludzi, czy raczej z konieczności wypełniania funkcji reprezentacyjnej Urzędu Marszałkowskiego?

Nie mogę pokazać tego wywiadu żonie, bo jak powiem, że chodzę dla przyjemności, to mi zabroni chodzić J. Imprez jest sporo, muszę robić selekcję, zwłaszcza, że przychodzą do mnie zaproszenia z całego województwa. Chodzę, bo lubię, miejsca, ludzi. Często bywam na różnych imprezach z sympatii dla ludzi, którzy to organizują.

Gdyby pan nie był w tym miejscu i na tym stanowisku, to kim chciałby pan być?
- Chciałbym się zajmować turystyką. To gałąź niebywale rozwojowa, druga po telekomunikacji najprężniej rozwijająca się gałąź gospodarki, choć może nie do końca tyczy się to Polski. Władze traktują turystykę bardzo po macoszemu. Już siedem razy zmieniał się resort odpowiedzialny za sprawy turystyki, a to trochę bezsensowne. Chciałbym pracować na przykład w parku tematycznym, który co roku odwiedza milion osób, nie trzeba martwić się o finanse, zainteresowanie, promocję i nowe inwestycje. Turystyka, chyba nawet bardziej niż kultura, daje możliwość kontaktu z ludźmi. W turystyce pracują bardzo sympatyczni ludzie. Mało jest zawiści, nawet tej o sukcesy, bo sukces w turystyce to tylko własna ciężka praca. Tutaj nie ma miejsca na przypadek. Ktoś obdarzony przez naturę wcale nie musi tego przekuć na sukces, czego przykłady znajdziemy w naszym województwie, i w całej Polsce. Jest natomiast wiele sztucznie wykreowanych produktów turystycznych, które przy dobrym zarządzaniu, kreatywności są daleko, daleko do przodu.

Co jest najtrudniejsze w Pana pracy?
Papiery, papiery i jeszcze raz papiery. Musze być urzędnikiem i nim jestem, ale staram się nie podchodzić do spraw zbyt "urzędniczo", co niekoniecznie wychodzi mi na zdrowie. Polska jest krajem mocno sformalizowanym, inne kraje i Unia Europejska jeszcze bardziej. Bez papieru niczego się nie załatwi... Szkoda tych lasów.

A czego można panu życzyć?
Jeszcze się do końca nie wypaliłem, abym życzeniami musiał nadrabiać to, czego mi brakuje. Może aktywności i zdrowia, bo bez tego to nic się nie udaje.

Dziękuję za rozmowę.




Data publikacji: 04-10-2007 o godz. 11:30:26, Temat: Kultura

Artykuł pochodzi z serwisu Wici.Info http://www.wici.info
Link do artykułu: http://www.wici.info/News,nie_podchodze_do_spraw_zbyt_urzedniczo,9989,html